Tytuł: "Poza kontrolą" Rozdział Dziewiętnasty "Niewypowiedziane słowa"
 Fandom: Kuroko no Basket

Od kilku dni chodziła rozkojarzona. Za wszelką cenę unikała przewiercających ją na wskroś spojrzeń Akashiego. Aby nie narazić się chłopakowi bardziej, wolała też nie wchodzić w drogę innym członkom klubu koszykówki. Z drugiej strony kołaczące się po głowie myśli uniemożliwiały skupienie się na lekcji, przez co bała się, że mogłaby pogorszyć się w nauce. A brakowało jej tylko jeszcze złości ojca do szczęścia. Ojca, który przecież bezinteresownie podał na jej prośbę pomocną dłoń panu Nijimurze.
Podczas przerwy obiadowej nie miała najmniejszej ochoty na jedzenie. Większość uczniów siedziała w ławkach albo jedząc ręcznie przygotowane drugie śniadanie, albo ze wzrokiem utkwionym w ekran telefonu. Byli to głównie samotnicy — zaledwie trzy czy cztery osoby z klasy, do których milczącego porozumienia Michiru, dziewczyna dotychczas towarzyska, z własnej woli dołączyła.
Ze wspartym na dłoni podbródkiem beznamiętnym wzrokiem śledziła zimową scenerię. Większość uczniów zdecydowała się na pozostanie wewnątrz budynku, jedynie nieliczni z szalikami owiniętymi wokół szyi zdecydowali się na spacer. Z korytarza dobiegały wesołe rozmowy, przerywane śmiechami gimnazjalistów. Hanamiya zastanawiała się, czy nie zagłuszyć ich założeniem słuchawek i puszczeniem muzyki, jednak doszła do wniosku, że nie miała i na to ochoty.
Z zamyślenia wyrwał Michiru głośny dźwięk rozsuwania drzwi. Odruchowo przeniosła wzrok na tamtą część sali. Do środka wpadła zziajana Momoi, ściskając w ręce śniadaniówkę. Wzrokiem odnalazła przyjaciółkę, rozpromieniła się i w podskokach podeszła do jej ławki.
— Michin! Zjedzmy razem śniadanie! — zaproponowała z błyskiem w oczach. Michiru westchnęła, odgarnęła kosmyk zagubionych włosów. Przypomniała sobie, że dzisiejszego ranka była zbyt roztargniona, by jakoś sensownie je uczesać.
— Przepraszam, Satsuki. Nie mam dzisiaj ochoty — powiedziała z przepraszającym uśmiechem.
— Dobrze się czujesz, Michin? — zapytała z troską Momoi, mierząc rówieśniczkę troskliwym spojrzeniem. Hanamiya doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak musiała wyglądać w oczach przyjaciółki. Poplątane włosy, zwykle starannie ułożone, lekko zarysowane fioletowe sińce pod oczami, bledsza niż dotychczas skóra, kontrastująca z czernią kosmyków, na pewno nie dodawały jej uroku.
— Może faktycznie od paru dni bierze mnie jakieś przeziębienie — stwierdziła beztrosko, nie chcąc martwić przyjaciółki.
— Dasz radę wrócić sama do domu? Może powinnam poprosić nauczyciela, by…
— Nie — przerwała jej. — Poza tym pewnie musisz być dzisiaj na treningu, prawda?
Satsuki skinęła.
— Akachin mówił, że przed zawodami wszyscy mamy się regularnie zjawiać na treningach. Szczególnie teraz, gdy Nijimura zrezygnował z bycia kapitaniem. Ale pewnie Akachin zrozumiałby, gdybym mu powiedziała…
Michiru zaprzeczyła szybkim ruchem głowy. Satsuki wyglądała na jeszcze bardziej zmartwioną niż chwilę wcześniej. Gwałtownie rzuciła śniadaniówkę na ławkę przyjaciółki i chwyciła jej zimne blade dłonie w swoje ciepłe. Zdziwiła się temperaturą rąk brunetki, ale zrezygnowała ze zwrócenia na to większej uwagi.
— Ale obiecał mi, Michin…!
— Spokojnie, Satsuki, jeżeli będę się naprawdę źle czuła, zadzwonię do Konaty — zapewniła z uśmiechem. Przyjaciółka nie wyglądała na przekonaną, ale spróbowała odwzajemnić gest. Nic dziwnego, skoro zwykle wierzyła Michiru w każde słowo.

Tamtego dnia postanowiła nie zostawać na zajęciach klubowych. Nie miała najmniejszej ochoty na interakcję z kimkolwiek, więc postanowiła poczekać, aż większość kolegów z rocznika ulotni się w swoją stronę, nim wyszła ze szkoły. Nie było to trudne — podreptała do biblioteki, by oddać książki z materiałami olimpijskimi, ociągała się w szatni, zmieniając buty i ubierając płaszcz.
Wychodząc ze szkoły, zaskoczona, zarejestrowała dwa fakty. Po pierwsze, z ciemnych chmur zaczął padać deszcz. Po drugie, przy drzwiach wyjściowych stał oparty Nijimura. Miał na sobie rozpiętą kurtkę, w jednej ręce trzymał parasolkę. Przeglądał coś w telefonie, zwracając połowiczną uwagę na otoczenie. Dopiero gdy usłyszał cichy stukot jesiennych botków Hanamiyi, oderwał wzrok od wyświetlacza, odnalazł wzrokiem dziewczynę i uśmiechnął się ciepło.
— Cześć — powiedziała najbardziej neutralnie, jak potrafiła. — Co tu robisz? Lekcje już się skończyły — zauważyła trafnie.
— Momoi przyszła do mnie na którejś przerwie i powiedziała, że chyba źle się czujesz, a znając ciebie, nie zgłosisz tego żadnemu nauczycielowi. Postanowiłem na ciebie poczekać i odprowadzić do domu — wyjaśnił łagodnie. — I faktycznie, wyglądasz nieciekawie — dodał już z troską.
Hanamiya próbowała się uśmiechnąć, ale jedynie kąciki jej ust lekko zadrżały. Spuściła wzrok i dostrzegła parasolkę w drugiej ręce nastolatka.
— Może faktycznie masz rację — przyznała, odgarniając nerwowo kosmyk włosów. Próbowała nie myśleć o ewentualnych konsekwencjach, gdyby jakimś cudem Akashi pojawił się w polu widzenia nastolatki. A raczej na odwrót — to ona i Nijimura nie mogli znaleźć się w zasięgu wzroku aktualnego kapitana drużyny koszykówki. — Idziemy? — zaproponowała już nieco weselej, zapinając dokładnie wierzchnią odzież. Nastolatek poszedł w jej ślady, włożywszy komórkę do kieszeni kurtki.
— Weź. — Podał jej parasolkę, drugą ręką naciągając kaptur na głowę.
— Ale wtedy ty zmokniesz — zauważyła ze zdziwieniem. Shuuzou uśmiechnął się z pobłażaniem, ale ta pokręciła głową, nie chcąc się godzić na takie rozwiązanie. Nie mogła pozwolić, by gimnazjalista przez swoją dobroć jeszcze się rozchorował.
— Michiru — westchnął, przewracając oczami — to ty się źle czujesz — przypomniał.
— Nie chcę, żebyś się przez mnie źle poczuł — zaprotestowała po raz kolejny, ale po minie starszego kolegi widziała, że pozostanie nieugięty. — No dobrze — skapitulowała, postanawiając zaproponować kompromis — ale pójdziemy razem pod tą parasolką.
Skinął głową, teatralnie przewracając oczami, ale Michiru zauważyła, że to tylko gra aktorska. Kąciki ust chłopaka ledwo zauważalnie uniosły się ku górze, zdradzając jego intencje. W odpowiedzi usłyszał cicho śmiech Hanamiyi, gdy we dwoje wychodzili z budynku. Shuuzou rozłożył nad ich głowami parasolkę, nim wyszli spod zadaszenia. 
Dziedziniec szkoły poprzecinany był wzdłuż i wszerz kałużami o nieregularnych kształtach i rozmiarach. Szare niebo nie zachęcało do spacerów, ale zdecydowała się nie dzwonić po szofera ojca z prostych przyczyn — nie chciała wywoływać niepożądanych pytań. Ostatnio ojciec nie skomentował jej niecodziennego zachowania, ale gdy po raz kolejny zamykała się w swoim pokoju i prosiła, by nie przeszkadzać, Shigeru unosił znacząco brew. Jemu, człowiekowi przecież niegłupiemu i bardzo spostrzegawczemu, taki szczegół nie umykał. Ostatnim, czego potrzebowała do szczęścia, było więc większe zainteresowanie ze strony starszego Hanamiyi.
Shuuzou przyjacielskim gestem objął dziewczynę, wyrywając ją z zamyślenia. Nie odezwała się jednak ani słowem, gdy znalazła się bliżej starszoklasisty, jednocześnie bardziej ochroniona przed siąpiącym deszczem. Nijimura pachniał cytrynowym żelem pod prysznic i lawendowym płynem do płukania ubrań. 
— Daleko stąd mieszkasz? — zapytał.
Michiru zadarła głowę, by spojrzeć na wyższego nastolatka.
— Parę stacji metrem — odpowiedziała zupełnie swobodnie.
 Jego bliskość, niczym nie wymuszona i naturalna, nie krępowała dziewczyny. W przeciwieństwie do opresyjności Akashiego Shuuzou wydawał się zupełnie innym biegunem, oazą spokoju, miejscem bezpiecznym, które mogło ochronić przed obsesyjnym zagrożeniem. Chciałaby mu to powiedzieć, ale wiedziała, że by nie potrafiła. Miała wrażenie, że poczucie dumy płynęło razem z krwią w jej żyłach i nie mogłaby przed kimś okazać słabości. Może jedynie przed ojcem, ale to raczej karność i posłuszeństwo. I przed kuzynem, Makoto. I teraz jeszcze przed Akashim. Chociaż coś w niej krzyczało i próbowało oponować, Seijuurou sprawiał, że kolana same się pod nią uginały.
— Michiru? — Usłyszała zatroskany głos nastolatka.
— Tak? — odpowiedziała, gdy tylko dotarły do niej słowa Shuuzou.
— Wszystko w porządku? Jesteś taka nieobecna — zauważył ostrożnie. Michiru próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko bolesny grymas.
— Przepraszam, Shuuzou. Tylko źle się czuję — skłamała bez zająknięcia, nie mając odwagi spojrzeć w twarz nastolatkowi. Nijimura nie skomentował więcej tego dziwnego zachowania, zacisnął tylko nieznacznie palce na jej ramieniu, jakby chciał dać do zrozumienia dziewczynie, że cokolwiek się stanie, będzie po jej stronie. 
Zręcznie zmienił temat na coś bardziej przyziemnego — hobby, naukę czy spędzanie czasu wolnego jako takie. Okazał się cierpliwym słuchaczem i interesującym rozmówcą. Przez chwilę Hanamiya zapomniała nawet, jaki zbieg wypadków doprowadził do takiej sytuacji i cieszyła się towarzystwem nastolatka.
Odprowadził ją pod same drzwi domu. Podziękowała uśmiechem i zniknęła w środku budynku, gdy tylko Nijimura odmówił wejścia na herbatę. Tłumaczył się chęcią pobycia z ojcem i natłokiem mauki, co było zupełnie zrozumiałe. 
Michiru weszła niepewnie do salonu, niezdziwiona ciszą. O tej porze ojciec przesiadywał jeszcze w szpitalu, a matka załatwiała sprawy w agencji. Mimo to oprawione zdjęcia wiszące na ścianie, przywoływały czyjąś obecność. Fotografie, uwieczniające ślub Hanamiyów, imprezy urodzinowe czy bankiety, przedstawiały najbliższe otoczenie rodziny. Ich członków, rodzinę brata Shigeru, partnerów biznesowych i, o zgrozo, rodzinę Akashich. Wśród tego doborowego towarzystwa znalazła się Michiru.
Jak najszybciej pobiegła do swojego pokoju, zatrzasnęła drzwi i zastawiła je krzesłem. W kieszeni jej torby odezwał się dzwonek telefonu. Poirytowana, wyciągnęła urządzenie, odrzuciła połączenie, po czym cisnęła aparatem na łóżko. Z jękiem osunęła się po ścianie na ziemię, gdy tylko odkryła przerażającą zależność w swoim życiu.
Właśnie, swoim życiu. Paradoksalnie, jego stałym i nieodłącznym elementem, prześladującym ją jak cień, była obecność Seijuurou. 
Oblał ją zimny pot. Próbowała się uspokoić, wmawiając sobie, że to tylko atak nieuzasadnionej niczym paniki, że zaczęła popadać w paranoję. Drżącymi rękami otoczyła kolana i podciągnęła je pod brodę. Tak bardzo chciała się rozpłakać, ale oczy wydawały się suche. Wyczerpana, po pół godzinie zamknęła oczy i tak jak siedziała — skulona, wystraszona — zasnęła. 

Przez następny siedem dni umiejętnie symulowała chorobę, całymi dniami leżąc w łóżku i nie odbierając od nikogo telefonów. Prysznic może wzięła dwa razy, przestała regularnie się odżywiać, zaniedbała niewietrzony pokój. Szczęśliwie dla niej, matka wyjechała w kolejną delegację, a ojciec miał bardzo pracowity tydzień. Dlatego ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała, był dzwonek do drzwi o dziesiątej rano.
Chciała zignorować intruza, ale ten nie ustawał w naciskaniu dzwonka. Niechętnie Michiru zwlokła się z łóżka. Narzuciła polarowy szlafrok na nagie ramiona i jak leżała — w powyciąganych dresach i bokserce podreptała przez salon i korytarz, by uciszyć irytujący dźwięk. Z impetem otworzyła drzwi, zadziwiając tym nieproszonego gościa.
Jej kuzyn miał tak samo znużony wyraz twarzy jak zwykle. Rozczochrane włosy i niecodzienny ubiór zwykle ułożonej córeczki znienawidzonego wujostwa pozornie nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. 
Michiru rozdziawiła usta, wgapiając się w chłopaka z niedowierzaniem. Co ten drań tutaj robił? Przecież jego rodzina mieszkała na drugim końcu Japonii, poza tym powinien być w szkole, uczyć się, ewentualnie trenować, w końcu on też, podobnie jak Seijuurou czy Daiki, grał w szkolnej drużynie koszykówki.
— M-makoto? — wykrztusiła wreszcie. 
Brunet skrzywił się, z dezaprobatą patrząc młodszej kuzynce w oczy. W geście nonszalancji oparł się łokciem o futrynę drzwi. Michiru odruchowo przyjęła pozycję bardziej wycofaną. Wiedziała, że chłopak miał dosyć… specyficzną osobowość, w szczególności w kwestii przewidywalności.
— Wpuścisz mnie do środka czy będziesz wgapiała te swoje czerwone oczyska jak jakiś pierdolony bazyliszek? — rzucił z przekąsem. Nieśmiało przepuściła chłopaka w drzwiach. Pewnie wcześniej by mu odpyskowała z błyskiem w oczach, teraz jednak nie miała na to najmniejszy ochoty.
Makoto skrzywił się, przechodząc obok niej. Oskarżycielskim spojrzeniem zlustrował sylwetkę nastolatki, gdy ta siłowała się z zamkiem. Mimochodem rzucił:
— Prysznic by ci się przydał, bo cuchniesz. Załatw to w spokoju, ja sobie poradzę — zażądził tonem nieznoszącym sprzeciwu. Michiru skomentowała to milczeniem, posłusznie podreptała do łazienki, wziąwszy z pokoju czystą bieliznę i zupełnie przypadkowy komplet ubrań.
Porządnie umyła przetłuszczone włosy, ogoliła nogi, dokładnie przemyła twarz. Gorący prysznic zmywał z ciała pot i brud, obecność krzątającego się po mieszkaniu Makoto z jednej strony niepokoiła nastolatkę, z drugiej uspokajała. Intencje Makoto stanowiły zagadkę, ale jednak po raz pierwszy od tygodnia (może nieco pod przymusem) miała świadomość obecności kogoś w zbliżonym wieku. Wyszła z łazienki po pół godzinie, czując się o wiele lżejsza i czystsza niż przedtem, w parze ciemnych jeansów, czerwonej bluzce z dekoltem w łódkę, rozczesując mokre włosy.
Makoto usadowił się na kanapie w jej pokoju. Michiru zauważyła, że powynosił brudne naczynia do kuchni, wywietrzył pomieszczenie, zaścielił łóżko. Na biurku nastolatki stał kubek kakao i talerz kanapek, co pozytywnie zaskoczyło dziewczynę. Mniejszym pocieszeniem była mina Hanamiyi, wpatrującego się w ekran, o zgrozo, jej podłączonego do ładowarki telefonu. Zmarszczka między brwiami nadawała groźnego wyrazu twarzy, zaniepokojona gimnazjalistka przełknęła głośno ślinę.
— Niechętnie to przyznaję, ale ten stary pryk miał rację — wycedził przez zęby, spod byka patrząc na kuzynkę. — Siadaj i zjedz. Porozmawiamy za chwilę — rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zresztą Michiru nie miałaby sił na jakikolwiek bunt. Tak brutalne naruszenie prywatności przez kuzyna wywołało jedynie wzruszenie ramion. Posłusznie zajęła miejsce, opierając się plecami o ścianę, wzięła do drżących rąk kubek, upił łyk. Kanapki smakowały mdło, ale starała się wolno i dokładnie przeżuć każdy kęs, by nie zdenerwować jeszcze bardziej i tak rozeźlonego chłopaka. Podejrzewała, co mógł znaleźć, przeglądając jej skrzynkę pocztową.
— Co tutaj robisz? — odezwała się dopiero, gdy skończyła jeść.
— Łaskawie panujący nam Hanamiya Shigeru stwierdził, że na pewno będę miał dobry wpływ na ciebie i może jaśnie panna ruszy się z łóżka — rzucił z przekąsem, odkładając telefon kuzynki. Podparł brodę wierzchem ręki, przenosząc świdrujący wzrok na kuzynkę. Po raz pierwszy, odkąd przekroczył próg domu Hanamiyów, jego twarz niewykrzywiona była w żadnym grymasie. — Czemu nikomu nie powiedziałaś, że ta pierdolona czerwona wesz ci grozi?
— Grozi? — zapytała, tłumiąc nerwowy śmiech. — Seijuurou zawsze się tak zachowywał, Makoto — dodała, obejmując kolana ramionami i podciągając pod brodę.
— Ale ty nigdy nie wagarowałaś — wypunktował. — Znając ciebie, nie sądzę, by to było nieszczęśliwe zadurzenie — dorzucił zgryźliwie, odkładając jej telefon na biurko.
— Może trochę się zmieniłam — zasugerowała nieśmiało, czym wywołała wybuch rechotu starszego nastolatka. Było to określenie adekwatne na śmiech wydobywający się z gardła kuzyna — nieprzyjemny dla ucha, rozchodzący się przy szeroko otwartych ustach. Chłopak wstał z miejsca, bez ostrzeżenia siadł naprzeciwko kuzynki i stanowczym gestem dłoni zmusił, by na niego spojrzała.
Było coś w Makoto, co nie pozwalało się jej sprzeciwić. Kuzyn cechował się apodyktycznością, jednak prawie w niczym nie przypominała ona egoistycznego podejścia Shigeru, dbającego jedynie o opinię publiczną, czy władczości Akashiego. Ten trzeci miał zupełnie inne motywy, do końca jeszcze nierozszyfrowane przez Michiru, ale z nim łączyła ją jakaś wspólnota losu. Makoto nienawidził wuja, którego uważał za aroganta i ignoranta, a czerwona wesz zaszła mu za skórę, pokonując jego drużynę w niejednym meczu. Michiru wydawała się więc rodzajem naturalnego sojusznika, co mogło nastolatka skłonić do spełnienia prośby jej ojca.
— Kłamiesz — wycedził. — Kiedy zachowujesz się normalnie, potrafisz doskonale grać i kłamać, Michiru. Dawno nie widziałem tak marnego aktorstwa w twoim wykonaniu.
Spuściła wzrok, wiedząc, że miał rację. Zresztą rzadko kiedy się mylił. Potrafił przejrzeć nawet pozorną miłość Sayuri i Shigeru, próby wpisania się w schemat ich córki (nie do końca udane, jak widać, choć przez młodocianego geniusza nawet docenione), grę przeciwników i wiele innych spraw, o których przeciętny gimnazjalista nie mógł nawet mieć pojęcia.
— Na twoim miejscu nie dałbym się draniowi, Michiru — kontynuował po dłuższej chwili milczenia, gdy przekonał się, że nie otrzyma żadnej reakcji ze strony brunetki. — Nie ma prawa wybierać, z kim możesz się kumplować, a od kogo trzymać z daleka. Nikt nie dał mi przywileju bycia twoim panem i władcą, jasne?! — ostatnią kwestię wyrzucił z siebie z ogromnym oburzeniem, jakby to był jego przywilej. 
Dziewczyna nieśmiało spojrzała na kuzyna i nie mogła się roześmiać na widok jego wykrzywionej gniewem twarzy. Makoto złościł się w sposób iście komiczny. Jego usta rozszerzały się w nienaturalny sposób, brwi unosiły zabawnie w górę. Wyglądało to jak połączenie kpiny i smutku, co dawało w efekcie odczucie absurdu.
Na jej bladej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
Miał rację. Zresztą zawsze ją miał, taka rola geniusza. W głębi duszy chciała w akcie wdzięczności przytulić kuzyna, ale za dobrze go znała. Makoto nie był skłonny do czułości, wolał wolę zimnego i bezwzględnego drania. Zupełnie nie wpasowywał się w schemat superbohatera, którego każda inna dziewczyna na jej miejscu by chciała. 
Ale mimo wszystko Michiru była wdzięczna.
— Dziękuję — powiedziała pewniej. Usta nastolatka ułożyły się w coś na kształt uśmiechu, chociaż raczej przypominały wymuszony grymas niezadowolonego dzieciaka. 
— Największą nagrodą będzie widzieć minę tej wszy, gdy wreszcie jej się postawisz.
Nie wiedział jeszcze, jak bardzo mógł się mylić.

Następnego dnia z dawką nowych sił weszła na teren szkoły zupełnie swobodnie, ze słuchawkami w uszach. Przenikliwy chłód właściwie jej nie przeszkadzał, była zbyt zasłuchana, by zwracać na to większą uwagę. W szatni, niezaczepiona przez nikogo, w spokoju zdjęła kurtkę i zmieniła buty. Idąc do klasy, nie czuła presji — pojawiła się dopiero, gdy otworzyła drzwi. Spojrzenia jej i Akashiego Seijuurou stojącego obok drzwi skrzyżowały się.
— Dzień dobry, Michiru — powiedział pierwszy neutralnym tonem. Jego wyraz twarzy jednak zupełnie przeczył głosowi. Akashi uważnie zlustrował sylwetkę koleżanki z klasy. Zakłopotana dziewczyna odwróciła niee odważyła się spojrzeć mu w oczy, czym pewnie usatysfakcjonowała apodyktycznego chłopaka.
— Dzień dobry, Seijuurou — odpowiedziała ciszej.
Akashi posłał jej chłodny uśmiech. Spłoszona Hanamiya weszła do na wpół opustoszałej klasy i przemknęłaby szybko obok rudzielca, siadłaby przy biurku i zagłębiła w lekturze, gdyby nie zatrzymał ją jego głos.
— Nie odpisywałaś. Martwiłem się, że wydarzył się jakiś niefortunny wypadek — bez najmniejszego zająknięcia podzielił się swoimi spekulacjami. Hanamiya zatrzymała się, analizując uważnie słowa nastolatka. Pod maską kulturalnego człowieka, który martwi się o stan zdrowia koleżanki z klasy, wyczuwała złorzeczącą ironię.
Nie wahając się, podszedł do brunetki i stanowczym ruchem uniósł jej podbródek i obrócił głowę tak, by na niego spojrzała.  Miała wrażenie, że mimowolnie kolana uginają się pod jej ciężarem, ale postanowiła rozegrać to dzielnie. Przypomniawszy w myślach słowa Makoto, zebrała się w sobie, mimo świdrującego spojrzenia rudzielca. Zdecydowanie chwyciła nadgarstek gimnazjalisty. W zetknięciu z jej chłodnymi palcami jego skóra niemalże paliła, co miało stanowić przypomnienie o niebezpieczeństwie, jakie niósł za sobą bunt.
— Dziękuję za troskę. Nie wydaje się, żebym miała na tyle poważnie zachorować.
Niewypowiedziane słowa kołatały się Hanamiyi po głowie. Reakcja widocznie zaskoczyła chłopaka, bo opuścił rękę, wycofując się do pozycji wyjściowej. Michiru posłała mu pełen satysfakcji uśmiech, po czym podreptała do swojej ławki.

Zdziwiła się, gdy na przerwie śniadaniowej odczytała wiadomość od Nijimury. Starszoklasista proponował spotkanie po lekcjach, o ile Hanamiya pojawiła się tego dnia w szkole. Najwidoczniej wieść o chorobie do niego dotarła. Ignorując zaległości związane z absencją, zgodziła się. Ustalili, że spotkają się po zajęciach klubowych przed wyjściem ze szkoły.
Shuuzou zjawił się pięć minut po niej z pospiesznie zawiązanym krawatem i mokrymi włosami. Najwidoczniej prysznic po treningu wziął w błyskawicznym tempie, nie dając dziewczynie okazji do czekania. Brunetka uśmiechnęła się na widok nastolatka, ufnie przytuliła na przywitanie.
— Więc jednak się przeziębiłaś — zauważył. — Już wszystko w porządku? — zapytał troskliwie.
Michiru podniosła wzrok, patrząc w szare oczy chłopaka. Nijimura naprawdę zaangażował się w znajomość z zupełnie przypadkiem poznaną nastolatką, że nie miałaby serca go okłamywać. Ale przypomniała sobie chorobę jego ojca i wyobraziła odpowiedzialność, jaką musiał dźwigać na swoich młodych barkach. To były powody, dla których uśmiechnęła się najszerzej, jak potrafiła, robiąc po raz koljny tego dnia dobrą minę do złej gry.
— Dawno nie czułam się tak zdrowa — stwierdziła beztroskim tonem.
— Nie odpisywałaś i myślałem, że coś ci się stało — wyjaśnił z ulgą. 
— Gdy jestem chora, bardzo dużo śpię — brnęła gładko w kłamstwo dalej. Shuuzou nawet nie wyglądał, jakby podejrzeewał, że coś mogłoby być nie tak. 
— Słuchaj, Michiru — zmienił to na bardziej poważny — muszę z tobą porozmawiać.
— Co się stało? — zapytała, nieco zaskoczona. Shuuzou spuścił z rezygnacją głowę, jakby nie miał odwagi spojrzeć nastolatce w oczy. Atmosfera pomiędzy nimi drastycznie się zmieniła tylko przez tn jeden gest, tylko przez to jedno zdanie. Hanamiya chciała chwycić przyjaciela za rękę, ale w ostatniej chwili wycofała się z pierwotnego pomysłu. Pozwoliła w spokoju Nijimurze powiedzieć, co mu leżało na sercu.
Wziął głęboki wdech.
— Jest szansa na wyleczenie mojego ojca. Wyprowadzam się.
Była zaskoczona, ale nie była to wiadomość, która mogłaby ją zwalić z nóg.
— Dokąd? — zapytała z wahaniem. Shuuzou wziął głęboki wdech.
— Stany Zjednoczone — odpowiedział z rezygnacją.
Wzięła głęboki wdech. Spodziewała się wszystkiego, ale na pewno nie takiej wiadomości. Przymknęła oczy, przeanalizowała sytuację. I postanowiła po raz kolejny ukryć swoje własne uczucia: rozgoryczenie, złość, bezsilność i zadbać o to, by ostatnie wspomnienia Nijimury z Japonii nie były pełn bólu i strachu o przyszłość najbliższych.
Nie usłyszała dźwięku wiadomości przychodzącej na komórkę. I wolała nie widzieć tych dwóch słów, które się w tym mejlu znajdowały.
Ostrzegałem cię.