Rozdział Dwudziesty Trzeci "Ta dziewczyna"

Tytuł: "Poza kontrolą" Rozdział Dwudziesty Trzeci "Ta dziewczyna"
Fandom: Kuroko no Basket

Nijimura Shuuzou nie spodziewał się dwóch rzeczy. Pierwszym zaskoczeniem okazała się Hanamiya Michiru, która postanowiła wstać o barbarzyńskiej porze, by pożegnać przyjaciela na lotnisku. Drugim był towarzyszący jej z firmowym lisim uśmiechem Imayoshi Shouichi, który z niewiadomego powodu ze swoim pozornie lekkodusznym podejściem i bezpośrednim sposobem bycia zaczął byłego kapitana drużyny koszykarskiej Teikou wybitnie drażnić.
— Nie mierz już mnie tym oskarżycielskim spojrzeniem, Nijimura. Przyprowadziłem ci moją małą dziennikareczkę, byłbyś chociaż raz wdzięczny — skomentował, z teatralną bezradnością rozkładając ręce.
— Nie wiem dlaczego, ale na pewno mnie denerwujesz. — Shuuzou cudem zachował opanowanie. Jego nieco dziecinne zachowanie rozbawiło nastolatkę, uśmiechnęła się z przekorą.
— Złość piękności szkodzi — Imayoshi pozwolił sobie na dalsze uszczypliwości. Nijimura już miał mu się odgryźć po raz kolejny, ale dziewczyna uprzedziła jego zamiary, obracając się o sto osiemdziesiąt stopni, by stanąć przed okularnikiem.
— Mógłbyś kupić mi kawę, Shouichi? Nie piłam w domu, a przyznam, że robię się trochę śpiąca — poprosiła uprzejmie. Okularnik westchnął z dezaprobatą. W kącikach ust błąkał mu się uśmiech satysfakcji, jakby interwencja brunetki oznaczała jego małe zwycięstwo nad Shuuzou.
— Co ja się z tobą mam? Daj mi piętnaście minut, dziennikareczko, po czym wrócę z twoim napojem bogów niczym rycerz na białym koniu — obiecał solennie, po czym jak gdyby nigdy nic zniknął z pola widzenia. 
Hanamiya odwróciła się do Nijimury i bez skrępowania chwyciła go za rękę. Nie uśmiechała się, usta zacisnęła w wąską linię. Drżała na samą myśl, że gdy przyjaciel zniknie za bramkami, nie będzie nikogo na wyciągnięcie ręki, komu prawie że w stu procentach. Nie będzie obok Shuuzou.
— Michiru? — zapytał, odwzajemniając uścisk. 
— Będzie mi ciebie brakowało — wyrzuciła na jednym wydechu. Ze stresu poczuła uścisk w klatce piersiowej. Miała wrażenie, jakby miało braknąć jej powietrza, gdyby powiedziała coś jeszcze. Z iskierkami w ciemnoczerwonych oczach wpatrywała się wyczekująco w przyjaciela, licząc, że przejmie inicjatywę. Ten jednak spuścił wzrok, jakby nie mógł znaleźć zupełnie żadnych odpowiednich słów.
Hanamiya różniła się od typowych dziewczyn, którym każdy inny chłopak okazałby czułość poprzez gesty. Tutaj jednak potrzebował odpowiednich wyrażeń, ale każde, które przychodziło mu do głowy, wydawało się zbyt banalne. Miał wrażenie, jakby uczucia żywione do tej anorektycznej wręcz brunetki w za dużym płaszczu wymykały się z bardzo elastycznych ram przyjaźni. Złamanie narzuconej granicy nigdy nie wydawało się tak kuszące jak w tamtym momencie.
Do diabła z tym wszystkim.
Nie mógł zaprzepaścić budowanego starannie zaufania przez jeden kaprys.
— Mnie też — przyznał wreszcie. Ścisnął mocniej dłoń brunetki, upewniwszy się, że to nie poszkodowana w wypadku z dnia poprzedniego. Przed wyjściem Hanamiya opatrzyła ranę na policzku, w pośpiechu przeczesała włosy szczotką. Niewyspanie zdradzały ledwo widoczne cienie pod oczami. — Gdyby coś się działo, dzwoń natychmiast. Odbiorę, nawet gdyby to miał być środek nocy — obiecał z zaangażowaniem.
— Dz-dziękuję — wydukała. Wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w ostatniej chwili zabrakło jej odwagi. — Bezpiecznej podróży, Shuuzou — dodała z uśmiechem.
— A, kupiłem ci prezent na pożegnanie — przypomniał sobie nagle. Wolną dłonią wyciągnął z kieszeni kurtki niewielkie czerwone pudełeczko przewiązane złotą wstążką. Z zaciekawienie przyglądała się twarzy Shuuzou, na której pojawiły się ledwo zauważalne rumieńce, gdy podawał podarunek przyjaciółce. — Wiesz, nie wiem, co mogłoby ci się spodobać, ale chciałem, żebyś miała coś ode mnie. Nie tylko od Hanamiyi. Żeby coś tobie mnie przypominało — wyjaśnił nie bez skrępowania.
— Nie musiałeś — wykrztusiła ze zdziwieniem. Wystarczy, że jesteś obok, dodała w myślach. Mimo to wzięła opakowanie z ręki przyjaciela, puściła drugą i szybko rozwiązała wstążeczkę. Kątem oka dostrzegła, że brunet uważnie obserwował każdy najmniejszy detal jej twarzy. Z mimowolnie wkradającym się na usta uśmiechem otworzyła pudełeczko i przez chwilę myślała, że po raz kolejny zabraknie jej powietrza.
Na czarne poduszeczce leżał niewielki srebrny wisiorek w kształcie motyla w locie. Delikatne skrzydła wprawny rzemieślnik ozdobił błyszczącymi, nie większymi od główki szpilki cyrkoniami. Drżącymi palcami chwyciła zawieszkę i z niedowierzaniem spojrzała na Nijimurę.
Uśmiechnął się ciepło, nonszalancko oparł rękę o biodro.
— Wiedziałaś, że motyle są symbolem szczęścia? — zapytał z zaciekawieniem.
— Shuuzou — tylko tyle zdołało przejść jej przez ściśnięte gardło.
— Pobiłem Hanamiyę? — zapytał nieco zadziornie. Jego harde spojrzenie i szelmowski wyraz twarzy sprawił, że pokryła się największym w życiu rumieńcem. Zakłopotana, naciągnęła górny węzeł szalika na nos, by ukryć zaczerwienione policzki przez bystrym spojrzeniem szarych oczu. 
— Jeszcze nigdy… nikt nie zrobił dla mnie tak wiele, Shuuzou — wyjąkała, tracąc zupełnie rezon. Ten drobny podarunek wzruszył ją tak bardzo, że poczuła łzy gromadzące się w kącikach oczu. Zaczęła zbyt często płakać, w szczególności przy przyjacielu. W ostatnich dniach Nijimura był wielokrotnym świadkiem jej chwili słabości, ale w tamtym momencie obchodziło ją to tyle co zeszłoroczny śnieg.
— Pomogę ci z założeniem, jeżeli chcesz — zaoferował. Uśmiechnęła się przez łzy spływające już teraz wolnym strumieniem po policzkach. 
— Poproszę — powiedziała, podając przyjacielowi pudełko. Sprawnym ruchem wyjął naszyjnik, podczas gdy dziewczyna walczyła z szalikiem. Wreszcie udało jej się pozbyć zbędnego elementu garderoby, odwróciła się tyłem do chłopaka i pozwoliła mu zawiesić ozdóbkę na chudej szyi licealistki. Spróbowała stanąć przed nim ponownie, ale najwyraźniej zrobiła to zbyt gwałtownie albo nie zdążył się odsunąć na bezpieczną odległość. W efekcie jej czoło zderzyło się z czymś twardym, ale nie na tyle, by mogło jej to wyrządzić większą krzywdę.
Poczuła silny uścisk na ramionach, który powstrzymał ciało anorektyczki przed kolejnym spotkaniem z ziemią. Jej oczy gwałtownie rozszerzyły się, gdy zdała sobie sprawę, co się stało. Wpadła na Shuuzou. Chwycił ją, by nie upadła, a tym twardym obiektem było nic innego jak klatka piersiowa koszykarza. Głośno wciągnęła powietrze, chyba cudem opanowując atak paniki. Mimo tego, że ufała Nijimurze na tyle, ile mogła sobie pozwolić w stosunku do kogokolwiek, miała ochotę krzyczeć tak głośno, że popękałyby szyby w oknach.
— To tylko ja. — Z amoku wyrwał ją opanowany głos przyjaciela. Ze strachem w oczach podniosła wzrok i napotkała ciepłe spojrzenie. Ostatnio znajdowała się tak blisko Shuuzou, gdy w chwili słabości pozwoliła wziąć się na ręce. — Uspokój się. Nie zrobię ci krzywdy — powiedział cicho, by nie zwrócić uwagi przechodniów.
Dotyk palił żywym ogniem, ale chyba tylko dlatego, że obejmowała ją jedyna osoba, do której miała stuprocentowe zaufanie, potrafiła go znieść. Pomógł jej odzyskać równowagę, nim zdążyła cokolwiek wykrztusić, odsunął się na bezpieczną odległość, przenosząc dłonie z ramion nastolatki na roztrzęsione dłonie.
— Michiru? — zapytał dla pewności, że wszystko w porządku. Z wahaniem skinęła głową, odwzajemniając uścisk.
— Przepraszam… Nie chciałam… Ten prezent… — wykrztusiła. — Przepraszam.
— Nic się nie stało — zapewnił. — To po części też moja wina. 
Uniósł dłonie przyjaciółki do ust i czule je pocałował. Przez chwilę Hanamiya miała wrażenie, że ten gest zdążył już wejść mu w nawyk w ciągu tych kilku spotkań.
— Obiecuję, że nie przekroczę kolejnej granicy, jeżeli na to nie pozwolisz — obiecał solennie.
Miała coś odpowiedzieć, ale chwilę prywatności przerwało pojawienie się Shoichiego z kubkiem dopiero co zaparzonej kawy. Z firmowym uśmiechem wcisnął go brunetce, nie przejmując się nawet zwrotem pieniędzy za kosztujący na lotnisku krocie napój. Zmierzył spojrzeniem byłego kapitana Teikou, podejrzliwie spojrzał na dłonie dziewczyny w jego uścisku, po czym wesoło oświadczył:
—Wasze piętnaście minut właśnie minęło. Przypadkiem nie rozpocznie ci się zaraz odprawa, Nijimura?
Po jego minie Michiru stwierdziła, że uwadze nie uszedł mu błyszczący cyrkoniami wisiorek na szyi nastolatki, który z oddali wydawał się wyć na alarm.
Więc już dajesz jej prezenty? Nieładnie, Nijimura. Wiesz, że mogą być ludzie naprawdę niezadowoleni z takiego obrotu spraw? Masz ogromne szczęście, że to nie Hanamiya z nią przyszedł.

Nie spóźniliby się na rozpoczęcie półfinałowego meczu, gdyby nie korki w mieście uniemożliwiające punktualny dojazd. Imayoshi, oczywiście, winę za zamieszanie zrzucał przez podróż na Nijimurę i rzekomo długie pożegnanie, na jakie sobie z Hanamiyą pozwolił. Pierwszoklasistka jednak jednym uchem wpuszczała słowa okularnika, drugim wypuszczała, większym zainteresowaniem obdarzając anorektycznie chude dłonie lub widok za oknem. Chłopak zdawał sobie nic nie robić z jawnej ignorancji, jaką mu okazywała, ale Michiru wiedziała, że prędzej czy później to się na niej zemści. W tamtym momencie, gdy w głowie miała wspomnienie ostatniego pocałunku, a między obojczykami czuła zimny kawałek srebra, najmniej interesowały ją urojone teorie spiskowe kapitana Touou.
Hala sportowa przytłoczyła Michiru od pierwszej chwili, instynktownie mocniej ścisnęła palce trzecioklasisty. Najpierw była sceptycznie nastawiona do skorzystania z oferowanej dłoni, ale widok tak wielu ludzi sprawił, że odruchowo zaczęła jej szukać, przyzwyczajona przez ostatnie dni do kontakt fizycznego z Shuuzou. Miejsca na widowni zajęte były prawie co do jednego, nie licząc może pojedynczych wyjątków. Znad trybun zawodnicy na boisku wyglądali jak mrówki, ale brunetka bez problemu odnalazła wzrokiem Takao, Midorimę i, o zgrozo, Akashiego, który z dostojeństwem monarchy absolutnego pozwalał sobie na kierowanie grą. Wzięła głęboki wdech, próbując opanować odruchowe dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
— Czego się boisz, dziennikareczko? Nie zobaczy cię, bo jest zbyt zajęty grą. Stój i obserwuj grzecznie — polecił okularnik. Z lisim uśmiechem podszedł do barierki, by się o nią z nonszalancją oprzeć. Puścił jednocześnie dłoń brunetki, jakby pozostawiał jej ostateczną decyzję co do tego, co chciała zrobić. Nie potrafiła ukryć własnego wahania: Seijuurou śmiertelnie ją przerażał, ale z drugiej strony Takao… Takao… nie potrafiła nie wesprzeć Takao, nawet jeżeli ten nie mógł być pewien jej obecności. Nie zdobyła się na odwagę, by dać mu poprzedniego dnia odpowiedź.
— Hanamiya?
Czyjś głos kompletnie ją zaskoczył. Kątem oka dostrzegła stojący nieopodal duet koszykarzy z Yousen. Himuro pomachał do niej przyjaźnie, gdy tylko potwierdził tożsamość znajomo wyglądającej sylwetki. Murasakibara powrócił do zajadania się przekąskami, gdy tylko zorientował się, co przyciągnęło uwagę kolegi. Tatsuya podszedł do dziewczyny, jakby obecność Imayoshiego w najmniejszym stopniu mu nie przeszkadzała.
— Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Słyszałem, że nie jesteś wielką fanką koszykówki — zagaił.
— Kibicuję Takao — odpowiedziała zdawkowo, nie chcąc się zwierzać ze znajomości z rozgrywającym Shuutoku. Prawda była taka, że niezbyt znała Tatsuyę i nie za bardzo mu ufała, chociaż na jego korzyść oprócz przystojnej buźki zdecydowanie działała przyjaźń z Nijimurą. Michiru wierzyła w wybory byłego kapitana Teikou, ale w tej kwestii nie potrafiła się przełamać.
— Shuu nie jest z tobą? — zapytał z zaciekawieniem.
— Jest ze mną — wtrącił okularnik. — Michiru, kochanie — celowo podkreślił drugie słowo — raczyłabyś skupić się na meczu, skoro oderwałaś mnie od egzaminów i prosiłaś, by z tobą przyjść.
— Przepraszam — powiedziała bezgłośnie. Miała wrażenie, że odczytał jeszcze jedną intencję w rozpaczliwym spojrzeniu ciemnoczerwonych oczu: porozmawiamy później. Tatsuya posłał jej łagodny uśmiech z kategorii tych, od których większości dziewczyn miękły nogi. Z zakłopotaniem odgarnęła za ucho kosmyk włosów.
Przeniosła wzrok na boisko. Druga kwarta nieubłagalnie zbliżała się do końca. Michiru właściwie nie do końca pojmowała sens biegania po przeszło czterystu metrach kwadratowych za pomarańczową piłką, którą oberwania w głowę, co sprawdziła na własnej skórze, bolało niemiłosiernie. Ale zaciętość, z jaką poruszały się męskie sylwetki, i napięta atmosfera wyczuwalna nawet na szczycie trybun, zapierały dech w piersiach Hanamiyi. Wrażenie, jakie wywierała gra Shuutoku i Rakuzanu, nie równało się temu, które doświadczyła, z rozleniwieniem śledząc mecz kuzyna z drużyną Kuroko. Drużyny wywierały zupełnie inny poziom presji. Bez problemu lokalizowała jej epicentrum — Akashi Seijuurou ze swoimi czerwonymi jak znak stopu włosami był doskonale widoczny. Nawet w biegu poruszał się z królewską gracją, jakby to on był panem na boisku, a pozostali gracze tylko pionkami w zręcznych dłoniach.
Te dłonie. Doskonale pamiętała ich szorstki dotyk na skórze. Na samo wspomnienie poczuła przenikliwy chłód i przebiegające wzdłuż kręgosłupa dreszcze. Kurczowo ścisnęła barierkę, zorientowawszy się, kto tak naprawdę krył czerwoną wesz. I wszystko stało się nagle jasne.
— Takao — wyszeptała z rozszerzonymi oczami.
— Nie wiedziałaś, że i on, i Akashi są rozgrywającymi? — zapytał z powagą Shouichi. — Niczego się nie nauczyłaś, Michiru? Mieszkasz pod jednym dachem z jednym z najniebezpieczniejszych koszykarzy, jakich poznałem. Myślałem, że chociaż to ci zapadło w pamięć.
— Wiedziałam, że Takao jest rozgrywającym, ale Seijurou…
— Akachin w Teikou też rozgrywał — dorzucił Murasakibara, chrupiąc pocky. 
— Nie interesowałam się koszykówką w Teikou — zauważyła ostrzej, niż miała zamiar.
— A teraz? — zapytał z zaciekawieniem Himuro.
— Przyszłam tu tylko dla Takao — wyrzuciła z siebie, zanim zdążyła odpowiednio dobrać słowa. Imayoshi uśmiechnął się z charakterystyczną przebiegłością. Tatsuya spojrzał na nią ze zdziwieniem, jakby niemo pytał: więc jest ktoś jeszcze? Spośród towarzyszących nastolatków jedynie na Atsushim jej słowa nie wywarły żadnego wrażenia.
— Jesteś niepoprawna, mała dziennikareczko. — Shouichi pokręcił głową z niedowierzaniem. — Żeby dla chłopaka chcieć zmierzyć się z Akashim…
— Jesteś obok, prawda? Nie pozwolisz, by stała mi się krzywda — zauważyła z przenikliwością. Dopiero po chwili zorientowała się, że dokładnie tak postąpiłaby dawna Michiru, ta sprzed czasów gimnazjum. Wyraz twarzy trzecioklasisty zmienił się — wyglądał, jakby poczuł dumę z zachowania młodszej koleżanki, ba, traktował je jak własne osiągnięcie.
— Co racja, to racja — przyznał, rozkładając bezradnie ręce. — Ktoś by mi nogi z dupy powyrywał.
— Makoto? — zapytała dla pewności.
— Nie tylko — przyznał zagadkowo. Oparł łokcie o barierkę, jakby tym sformułowaniem zakończył rozmowę i wrócił do oglądania meczu. Niespodziewanie do Hanamiyi dotarł szept Himuro, który wyglądał, jakby nie chciał, by niebezpieczny okularnik go usłyszał.
— Ma na myśli Shuu.
Słowa po części zagłuszyła syrena zwiastująca koniec drugiej kwarty. Na tablicy wyników wyświetlał się wynik, który przykuł na chwilę uwagę Hanamiyi. Odsunęła się od barierki z zamiarem oddalenia się od grupy koszykarzy, ale czas reakcji kapitana Touou ją zaskoczył. 
— Dokąd to? — zapytał, nie odrywając wzroku od boiska. Protekcjonalny ton Imayoshiego zdziwił Himuro, ale nie odezwał się ani słowem.
— Do szatni Shuutoku — odpowiedziała krótko. 
— Myślisz, że to na pewno w porządku, Michiru? Rozpraszać go tak w czasie meczu?
— Nie chcę go rozproszyć — zaprzeczyła szybko. — Chcę, żeby wiedział, że go wspieram. W końcu spóźniłam się, prawda? Nie chcę okazać się beznadziejną przyjaciółką — wyjaśniła z łagodnym uśmiechem, za wszelką cenę unikając spojrzenia w twarz lisiego okularnika.
Znowu, dodała w myślach. Jak wtedy, gdy nie zauważyłam, co się działo z Shuuzou. Jak wtedy, gdy rozwścieczyłam Daikiego i doprowadziłam Satsuki do płaczu. Jak wtedy, gdy ukrywałam prawdę przed wszystkimi i chciałam… Nie dopuszczę, by jakakolwiek z tych sytuacji powtórzyła się kiedykolwiek, postanowiła.
— Podprowadzę cię — zaoferował się niespodziewanie Tatsuya. — I tak chciałem kupić coś do picia. Chcesz coś, Atsushi?
— Jestem szczęśliwy, póki mam batoniki — skwitował fioletowy żelek, wsuwając wspomniany przez siebie rodzaj słodyczy.

Zapukał zamiast niej do drzwi, by upewnić się, że Michiru po raz kolejny nie prześladował pech i przez przypadek nie wparowałaby do szatni drużyny Akashiego. Himuro skwitował prośbę spojrzeniem pełnym zrozumienia, ale po usłyszeniu donośnego „proszę”, zajrzał do pomieszczenia.
— Kto tam? — Ze środka wybrzmiał donośny głos. Hanamiya przez chwilę się wystraszyła, że faktycznie pomyliła szatnie, ale szybko jej wątpliwości zostały rozwiane.
— Można do Takao? — zapytał uprzejmie Tatsuya.
— Wejdź, wejdź! — odpowiedział zapraszająco ten sam głos. Himuro wycofał się, spojrzał na dziewczynę zachęcająco. Gdyby miał do czynienia z przeciętną nastolatką, pewnie klepnąłby ją w geście otuchy. 
Hanamiya właściwie nie wiedziała, co ją stresowało: wizja wejścia do pomieszczenia pełnego spoconych nastolatków, który każdy mógłby z łatwością ją zmiażdżyć, czy znalezienie odpowiednich słów wsparcia dla przyjaciela. Sama nie wiedziała, jak skutecznie stawić czoła Akashiemu, a każde jej próby kończyły się bolesnym fiaskiem z długofalowymi konsekwencjami. Zebrawszy resztki odwagi, wyminęła koszykarza z Yousen i weszła do szatni. Nie było odwrotu przed tym, co miało się stać.
Od razu uderzył ją smród potu, którym przeszło całe pomieszczenie. Powstrzymała odruch zasłonięcia nosa, wzrokiem odszukując postać rozgrywającego. Nie zważając na pytające spojrzenia pozostałych członków drużyny, ruszyła w stronę bruneta z sokolim wzrokiem. Takao akurat opuszczał przepoconą koszulkę z numerem zawodnika i nazwą zespołu. Uwadze nastolatki nie umknęły wyraźnie zaznaczone dzięki intensywnym treningom mięśnie.
— Michiru? — zdziwił się.
— Hanamiya? — natychmiast zawtórował mu Midorima.
— Przepraszam za wtargnię… — nie skończyła, ponieważ przypadkowo potknęła się o czyjąś porzuconą przy ławce torbę. Niefortunnie upadła na ten sam bok, który ucierpiał przy bolesnych akrobacjach podczas rozpaczliwej próby ucieczki przed Haizakim. Zwyzywała zrządzenia przypadku, roztargnienie koszykarzy, swoje własne, panującego miłosiernie w chmurach, muskulaturę co po niektórych panów i parę innych czynników, nim zauważyła wyciągniętą w swoją stronę dłoń.
— W porządku? — Usłyszała nad sobą troskliwy głos Kazunariego. Upewniwszy się, że ręka należy do przyjaciela, postanowiła ją chwycić i pozwolić się postawić na nogi. — Powinnaś bardziej na siebie uważać, Michiru. Jak tak dalej pójdzie, zabijesz się o własne stopy — zażartował.
— Jesteś złośliwy, Takao — zauważyła z wydętymi z niezadowolenia policzkami. — Nie moja wina, że ktoś nie umie skorzystać z tych cholernych szafek.
— Ktoś…? — Michiru usłyszała za sobą głos tak przerażający, że miała ochotę wziąć nogi za pas i uciec na drugi koniec miasta. Albo najlepiej: na drugi koniec kuli ziemskiej. — Nie moja wina, że baba po zobaczeniu klaty fajnej dupy nie potrafi się skoncentrować na przejściu bez gafy kilku metrów! I co to w ogóle za sprowadzanie dziewczyn podczas przerwy w meczu, Takao?! A to trzymanie się za ręce?! Zaczynasz zachowywać się jak ten playboy z Kaijou czy o co chodzi?!
— Już, już, Miyaji, wdech i wydech. Możemy wyjść na zewnątrz, jeżeli ci przeszkadza — zaproponował pojednawczo.
— Tylko się nie spóźnij na drugą połowę, pierwszaku!
— Tak, tak, nie zapomnę! — Chwycił bluzę i niespodziewanie wyprowadził nastolatkę z pomieszczenia pełnego koszykarzy. 
Z zawadiackim uśmiechem minął zaskoczonego Himuro, czekającego na brunetkę (rzucił coś o pożyczeniu nastolatki na chwilkę), po czym wyciągnął ją za róg. Dopiero tam pozwolił jej złapać oddech, narzucił białą klubową bluzę na nagie ramiona i wprawnym ruchem dłoni poprawił opadające na czoło kosmyki ciemnych włosów. Wyglądał na szczerze rozbawionego dziecinnym oburzeniem starszego kolegi. Uśmiechnął się porozumiewawczo do Michiru, której również udzielił się radosny nastrój. Zachichotała nerwowo.
— Musisz wybaczyć Miyajiemu, ten typ tak ma — przerwał ciszę. Usiadł pod ścianą z ugiętymi w kolanach nogami. Zachęcająco poklepał podłogę obok siebie. Michiru usadowiła się we wskazanym miejscu. — Nie sądziłem, że przyjdziesz — zaczął nieco poważniej. Odszukał palcami palce przyjaciółki i lekko je ścisnął.
— Nie mogłabym nie spełnić twojej prośby, Takao — powiedziała łagodnie, drugą dłonią nakrywając ich splecione ręce. 
— Teraz rozumiem, co to znaczy stać przed Akashim. Mierzyć się z nim. Do tej pory nie potrafiłem… Przepraszam, Michiru — mówił, jakby dobieranie odpowiednich słów sprawiało mu trudność. Za wszelką cenę unikał przenikliwego spojrzenia ciemnoczerwonych oczu, jakby bał się osądu. — Powiedziałem ci, że go pokonam, ale za każdym razem, gdy wiem, że muszę stanąć jeszcze raz przed tym gnojkiem… Dawno nie miałem tak trudnego meczu, Michiru. Przepraszam — powtórzył.
Resztę potrafiła dopowiedzieć sobie w myślach. Przepraszam, że mogę nie być w stanie z nim wygrać. Przepraszam, że nie potrafię dotrzymać danego słowa. Przepraszam, że zawiodłem twoje zaufanie. Przepraszam, że nie okazałem się na tyle silny, jak chciałem być.
Pokręciła z uśmiechem głową. Starania tego niepozornego bruneta, by jej zaimponować, rozczuliły ją jak matkę rozczula próbujące stanąć o własnych siłach raczkujące dziecko. 
— Nie musisz mnie za nic przepraszać, Takao.
— Mów mi po imieniu — poprosił niespodziewanie, wtrącając się w wypowiedź przyjaciółki.
— Dlaczego? — zdziwiła się.
— Jakoś tak dziwnie mi, gdy nazywam cię Michiru, a ty nadal mówisz mi po nazwisku — stwierdził z zakłopotaniem. Odwrócił wzrok, próbując ukryć delikatne rumieńce. Przez chwilę pomyślała, że ten chłopak, przy którym czuła się mała (a był jednym z najniższych w świecie licealnej koszykówki), wyglądał w jej oczach całkiem uroczo. Nie potrafiła powstrzymać uśmieszku satysfakcji.
— Dobrze. Nie musisz mnie za nic przepraszać — powtórzyła, wracając do sedna sprawy. — Seijuurou jest trudnym przeciwnikiem nie tylko dla mnie, ale również dla ciebie. Trzymał w ryzach całe Pokolenie Cudów. Nie znam się na koszykówce, nie jestem Satsuki, ale przez chwilę obserwowałam waszą grę. Niezwykła presja. Czasem moje oczy mogły z trudem za tobą nadążyć. Jesteś niesamowity, Kazu — ze spokojem dzieliła się obserwacjami. Monotonnym ruchem gładziła kostki pierwszoklasisty, chcąc okazać wsparcie i dodać otuchy. 
Znała Akashiego Seijuurou najlepiej na świecie: każdą jego terytorialną i anormalną stronę, wyryła w pamięci każdy mięsień arystokratycznej twarzy, każde spojrzenie, którym obdarzył ją przez lata. I doskonale też wiedziała, że Akashi Seijuurou miał jedną słabość, przy której tracił całe swoje królewskie opanowanie, a jego posunięcia stawały się szaleńcze tak bardzo, że nie mogła ich przewidzieć.
Porażka.
— Dziękuję — wykrztusił.
— Nie ma za co, Kazu. W końcu jesteśmy przyjaciółmi — przypomniała. Była naprawdę z siebie dumna. Po raz pierwszy potrafiła zapomnieć na chwilę o osobistej urazie do kapitana Rakuzanu i stać się wsparciem dla kogokolwiek innego. Co prawda filar ten wydawał się niezwykle chwiejny i niestabilny, ale wystarczająco dobry na początek. I co ważniejsze, Takao chętnie z niego skorzystał.
Mam tylko nadzieję, że kiedyś będę potrafiła być tak dobrą przyjaciółką, za jaką mnie uważasz, dorzuciła w myślach, uśmiechając się najpogodniej, jak potrafiła. Kąciki ust koszykarza uniosły się ku górze, w szaro-niebieskich oczach rozbłysnęły iskierki radości.
— Gdzie ten mały gnojek?! Kici, kici, Takao, wyłaź, to może będę dla ciebie wyjątkowo łaskawy!
Idyllę przerwał głos zniecierpliwionego starszego kolegi z drużyny. Kazunari przejechał ręką po twarzy. Niechętnie wypuścił z uścisku palce brunetki. Gwałtownie wstał i złożył ręce w przepraszającym geście.
— Muszę lecieć, bo Miyaji mnie zamorduje. 
— Biegnij już — powiedziała z łagodnym uśmiechem. Takao zerwał się do biegu i w mig zniknął za rogiem, nim zdążyła zapewnić, że na pewno będzie obserwowała go z trybun. Pokręciła z niedowierzaniem głową. Jak z małym dzieckiem, przeszło jej przez myśl.
Spod szatni Shuutoku doszły ją podniesione głosy koszykarzy. Nerwowo odgarnęła kosmyk włosów, zebrała się z podłogi. Otrzepywała spodnie z kurzu w momencie, gdy na horyzoncie pojawił się Himuro ze swoimi nienagannie ułożonymi włosami i łagodnym wyrazem twarzy. Z zainteresowaniem przyglądał się brunetce, jakby zastanawiał się, kto tak właściwie przed nim stał.
— Wybacz bezpośredniość, ale co mu powiedziałaś? — zapytał, szczerze zaciekawiony.
— Dlaczego chcesz wiedzieć? — Uniosła znacząco brwi do góry.
— Wyglądał na naprawdę szczęśliwego — skonstatował.
Chwilę zajęło jej sformułowanie sensownej odpowiedzi na tyle ogólnej by jednocześnie ująć sens rozmowy z Takao, a jednocześnie nie zdradzić za wielu szczegółów.
— To, co chciał usłyszeć — odpowiedziała wreszcie.
— Mówisz to każdemu? — Zaprzeczyła ruchem głowy.
— Tylko temu, kogo chcę chronić. — Instynktownie czuła, jakie będzie następne pytanie, więc postanowiła go uniknąć. — Jeżeli chodzi o Shuuzou — podniosła wzrok na Tatsuyę — nasze relacje są skomplikowane, Himuro. Wiem, że jest twoim przyjacielem i się o niego martwisz. Ale to też mój przyjaciel, w dodatku od bardzo dawna. Nie skrzywdzę go — oświadczyła pewnie. 
— Tak myślałem — zauważył z uznaniem. Resztę spostrzeżeń pozostawił dla siebie. — Wróćmy lepiej na trybuny, nim Imayoshi zacznie do ciebie wydzwaniać.

— Spóźniłaś się, mała dziennikareczko.
Oskarżycielski ton przywitał Hanamiyę, gdy tylko Imayoshi pojawił się na horyzoncie. Wyczekująco patrzył w stronę młodszej koleżanki w oczekiwaniu na jakiekolwiek słowa wyjaśnienia, a już na pewno przeprosiny. Brunetka jednak zignorowała roszczeniową postawę przyjaciela, oparła się o barierkę i najzwyczajniej w  świecie zapytała:
— Trzecia kwarta się już zaczęła?
— Pół minuty temu. — Obrzucił ją od góry do dołu oskarżycielskim spojrzeniem. — Nie podoba mi się, że zaczynasz pokazywać pazurki.
— Mnie też nie podoba się wiele rzeczy, Shouichi — odparowała ze stoickim spokojem. — Skup się na meczu, rozpraszasz mnie.
Pozwolił jej odnieść to małe zwycięstwo, widząc wojowniczy nastrój Hanamiyi. Nie spodziewał się aż takiej determinacji ze strony tej małej chudej czarownicy z dużymi ciemnoczerwonymi oczami. Takao Kazunari musiał więc uplasować się całkiem wysoko na liście priorytetów, skoro ustępował mu miejsca gniew lisiego okularnika, a pewnie i wiele innych rzeczy, których Imayoshi nie był lub nie chciał być świadomy. Himuro skomentował tę zwiastującą burzę wymianę zdań pobłażliwym uśmiechem, Murasakibara za to nawet nie oderwał się od paczki chipsów.
Hanamiya wzrokiem zlokalizowała Kazunariego, próbując jak najmniej obserwować Akashiego. Miała wrażenie, że ruda wesz doskonale zdawała sobie sprawę z obecności rywalki w hali, ale nie mógł pozwolić sobie na dekoncentrację w czasie meczu. Nie ignorowała jednak faktu, że to Seijuurou z nich wszystkich zdominował grę, a starania koszykarzy w pomarańczowych strojach obracały się na jego korzyść. Ale mimo to nie potrafiła zaprzestania mocnego ściskania barierki i niemych modlitw o cud, które zapobiegną porażce Shuutoku.
Czwarta kwarta zakończyła się w momencie, gdy właśnie punktował Akashi Seijuurou, powaliwszy Takao Kazunariego na kolana. Rakuzan objął czternastopunktowe prowadzenie.
— C-co to…? — wykrztusiła. Na wszystkie świętości, jakim cudem w koszykówce można powalić człowieka, nie dotykając go nawet palcem?
— Ankle Break — odezwał się wreszcie Atsushi. — Akachin powala przeciwnika poprzez gwałtowną zmianę tempa.
— To jest w ogóle możliwe? — zapytała z niedowierzaniem.
— Emperor Eye. Akachin widzi dzięki temu przyszłość, więc wie, gdzie przeciwnik się poruszy — wytłumaczył, z pozoru zupełnie niezainteresowany rozgrywającym się meczem.
— T-to…
Nie potrafiła wyrazić tego, co czuła. Czy ktokolwiek był zdolny pokonać gracza, który potrafił przewidzieć czyjeś ruchy? Czym stał się Akashi Seijuurou tak naprawdę? Dla niej samej jawił się w koszmarach jako zdolny do wszystkiego rywal, ale dla tych koszykarzy był… był… Słowo to nawet w chaotycznych myślach Hanamiyi nie chciało się wyklarować.
— To potwór.
Nie do pokonania. Nie tylko dla niej.

Pochylił się, próbując złapać oddech. Trzecia kwarta prawie zupełnie pozbawiła go sił, a Akashi Seijuurou okazał się jeszcze bardziej upierdliwym przeciwnikiem, niż mógł przypuszczać. Brzegiem koszulki otarł twarz z potu i uważnym spojrzeniem szaro-niebieskich oczu zmierzył sylwetkę koszykarskiego partnera.
Midorima Shintarou nigdy nie przyznałby głośno, że cokolwiek potrafiło go zmęczyć. Na półfinałowy mecz zabrał swój szczęśliwy przedmiot, był w świetnej formie. W każdy rzut wkładał sto, a może i więcej procent szarlatańskiej koncentracji, ale mimo to Rakuzan mógł objąć czternastopunktowe prowadzenie po trzeciej kwarcie. Zostało dziesięć minut meczu, do nadrobienia spora strata, a sił pozostawało jeszcze mniej.
Miał wrażenie, że nogi mu zaraz odpadną. Tylko starania kolegów z drużyny, zapalony doping kibiców ze szkoły, wizja pokonania kapitana Pokolenia Cudów i obecność Michiru, a może przede wszystkim obecność tej małe dziewczyny, którą ten ostatni ośmielił się tknąć palcem, motywowały Takao do przezwyciężenia zmęczenia. Pozostał mu i Shintarou jeszcze jeden as w rękawie, pozostawało jedynie pytanie, jak długo Akashi rozgryzałby ten ruch. 
— Weźcie się w garść! — Głos kapitana wybił się z tłumu niezrozumiałego krzyku. Takao poczuł lekkie uderzenie w tył głowy. — Nie możecie zawieść tych ludzi. — Wskazał na tłum kibiców.
Właściwie masz rację, Outsubo, stwierdził w myślach. Przyszło nas wspierać mnóstwo ludzi. Dla naszych starszych kolegów może to być ostatni mecz. I jest tutaj też Michiru. Ze względu na nią też nie chcę przegrać.
Spojrzał porozumiewawczo na Shintarou. Cholerny glon Pokolenia Cudów najwidoczniej złożył sobie podobną obietnicę, może nie licząc ostatniej części. Gdy rozbrzmiała syrena odliczająca ostatnie dziesięć minut meczu, nie mógł się nie uśmiechnąć pod nosem.
— Czego się cieszysz, głupi Takao? — Midorima pozostał nieubłagany.
— Przestań, Shinuś. Nie uważasz, że to najwyższa pora, żebyśmy stali się naprawdę poważni? — zapytał tonem pozbawionym większego znaczenia. Glon posłał mu ostrzegawcze spojrzenie znad szkieł okularów.
— Nie popisuj się za bardzo tylko dlatego, że ona tu jest — rzucił bezlitośnie, po czym biegiem oddalił się na swoją pozycję. Tym razem to Midorimę krył Akashi.
Będąc przy piłce, kątem oka upewnił się, że Shintarou przygotował się dobrze do wyskoku. Pierwsze podanie wykonał z misterną wręcz precyzją, zaskakując zarówno Mibuchiego, który stał aktualnie naprzeciwko Takao, jak i Akashiego. Było zupełnie czyste, podobnie jak wrzucona po chwili trójka. Niecodzienny rzut stanowił swoistą deklarację wojny.
— Teraz to wkurzyliście Seiusia — skomentował Reo, gdy otrząsnął się z szoku.
— To Akashi zdążył nas wszystkich wkurzyć — odparował, nim zdążył przemyśleć odpowiedź. Gracz z Rakuzanu potrząsnął a teatralnym niedowierzaniem głową, wprawiając w ruch przydługie kosmyki. 
— Nie zdajesz sobie sprawy, co to znaczy wkurzyć Seiusia, prawda? — powiedział cicho z zupełną powagą na twarzy.
Takao zdążył wykonać kilka celnych podań do Midorimy, nim nastąpił zwrot akcji. Niespodziewanie Akashi, będąc przy piłce, wrzucił samobójczego kosza, szokując tym samym nie tylko graczy Shuutoku, ale również i własnych kolegów z drużyny. Na trybunach zapadła absolutna cisza, cała uwaga graczy, kibiców, sędziów, członków innych zespołów skupiła się na postaci kapitana Rakuzanu. Jego kolejne słowa z kolei wywołały szok i niedowierzanie.
— …ale jeżeli przez ten kosz przegramy, wydłubię sobie oczy i ofiaruję je wam.
Wśród tej ciszy z niewiadomego powodu zapanowało zamieszanie na trybunach zajmowanych przez ekipę z liceum Shuutoku. Takao odruchowo zerknął w tamtą stronę i tylko dzięki sokolemu wzrokowi mógł dostrzec właśnie tę osobę, której ujawnienie obecności mogło zakończyć się tragedią. Hanamiya Michiru w afekcie poprosiła któregoś z kibiców o użyczenie tuby. Otrzymała przedmiot i zupełnie jakby nie interesowała ją postać śmiertelnego wroga na boisku, wykrzyczała, ile starczyło jej sił w niewielkiej klatce piersiowej.
— Nie daj się zmanipulować! Walcz do końca, Kazu!
Kobiecy głos poniósł się przez halę. Takao nie wiedział, czy przede wszystkim powinien być na nią wściekły, zażenowany całą sytuacją, ukrywać rumieńce na policzkach, uciekać przed poirytowanym Miyajim czy może Akashim, którego nagle zainteresował niespodziewany doping.
Ta dziewczyna…
Pokręcił głową z dezaprobatą.
Dlaczego…?
— Nie skreślaj mnie jeszcze.
Głupia.
Kątem oka zauważył, że Akashi Seijuurou doskonale zdawał sobie sprawę, do kogo należał ten dziwnie mocno brzmiący głos. I nie wyglądał na zadowolonego z tego faktu.