Rozdział Trzydziesty Pierwszy "Lekcja pokory"

Tytuł: "Poza kontrolą" Rozdział Trzydziesty Pierwszy "Lekcja pokory"
Fandom: Kuroko no Basket


— Seiuś.
Łagodny głos ekscentrycznego Niekoronowanego Króla sprawił, że Akashi Seijuurou odwrócił głowę, ściągając ręcznik z dopiero co umytych włosów. Obdarzył starszego kolegę nieodgadnionym spojrzeniem czerwonych oczu. Reo zmarszczył brwi w geście zastanowienia, od góry do dołu obserwując sylwetkę półnagiego kapitana. W szatni po dodatkowym treningu pierwszego składu, jaki zaserwował im imperator, zostali tylko oni dwaj, więc starszoklasista postanowił wprost podzielić się swoimi refleksjami.
— Co się dzieje?
Od porażki w Mistrzostwach Zimowych Akashi zachowywał się nieswojo. Zaczął odnosić się z większym szacunkiem do kolegów z drużyny, ba, nawet zwracał się do nich po nazwisku, co nie miało wcześniej racji bytu. Spędzał więcej czasu na hali sportowej, zostawał do późna w bibliotece, jakby ciężką pracą próbował odgonić nieznane Mibuchiemu utrapienia. I zawsze miał ze sobą tę książkę — cieniutki egzemplarz z minimalistyczną czarno-białą okładką i wystającymi z niej fiszkami, których ilość z każdym dniem niepokojąco się zwiększała. Nim Reo jednak zdążył o nią zapytać, kapitan wsuwał wolumin do torby i zręcznie omijał ten temat. I ten manewr udawał się za każdym razem. Co prawda, Akashi był oczytanym nastolatkiem i w poprzednich miesiącach starszoklasista widywał go z książką na długich przerwach, ale nad żadną nie pochylał się dłużej niż tydzień.
—Dlaczego miałoby, Mibuchi? Czuję się doskonale — odpowiedział, jakby to była oczywista oczywistość. Kłamstwa — bo Niekoronowany Król wiedział, że słowa rudzielca absolutnie nie pokrywały się ze stanem faktycznym — nie zdradziło ani drżenie kącika ust, ani lekkie zmarszczenie brwi.
— Wszyscy widzą, że coś nie gra — oświadczył szczerze zmartwiony. — Wiesz, Seiuś, jesteśmy nie tylko kolegami z drużyny, ale też przyjaciółmi. Możesz nam powiedzieć, gdy nie jest fajnie, zawsze cię wysłuchamy. Ja na pewno — zadeklarował. Akashi wysłuchał bruneta w milczeniu, uśmiechnął się półgębkiem i założył ciemną koszulkę na półnagi tors.
— To nieistotne — uparcie trwał przy swoim. Reo miał wrażenie, że to nie był zwykły sekret nastolatka. Owszem, były kapitan Pokolenia Cudów kwalifikował się w hierarchii Niekoronowanego Króla jako „tajemniczy aż do bólu i lepiej nie ciągnąć za język”, ale nie wydawały się one czymś, co wpływało znacząco na zmianę zachowania. Teraz jednak tak się działo i to przede wszystkim niepokoiło zawsze troskliwą siostrzyczkę Reo.
— W takim razie mógłbyś mi pokazać tę książkę, którą ze sobą ciągle nosisz?
Idealnie symetryczne brwi młodszego kolegi zmarszczyły się w ostrzegawczym geście. To pozornie niewinne pytanie musiało naruszyć tak zaciekle bronioną strefę komfortu imperatora. Nie budź demonów, Mibuchi, wyczytał w spojrzeniu kapitana. Nie teraz, gdy zostały uśpione.
— To dla mnie ważna pamiątka z poprzednich lat. Wstyd przyznawać się do sentymentalizmu, więc wolałbym to zachować dla siebie — odpowiedział wymijająco. Arystokratyczna twarz Akashiego przybrała ten swój opanowany wyraz twarzy, gdy kończył wypowiedź. Spakował resztę rzeczy do sportowej torby, zasunął zamek i zarzucił ją na ramię. — Do zobaczenia na jutrzejszym treningu, Mibuchi — pożegnał się.
— Jakbyś potrzebował się komuś zwierzyć, Seiuś, wiesz, gdzie mnie szukać — rzucił na pożegnanie. — Do jutra.
Akashi skinął uprzejmie głową na do widzenia, po czym wyszedł z szatni. Reo westchnął. Mógł się spodziewać wymijających odpowiedzi, w końcu miał do czynienia z najlepszym uczniem w szkole, niewątpliwie jednym z najlepszych koszykarzy w roczniku w całej Japonii i dziedzicem olbrzymiej fortuny. Nie wiadomo, co takiemu mogło siedzieć w głowie. Ale Mibuchi wolałby, żeby podzielił się nimi z kimkolwiek, niż miały być tłumione samą siłą woli kapitana.
Jeszcze raz uważnie przeanalizował słowa nastolatka. Sentymentalizm. Poprzednie lata. A z tym po Mistrzostwach Zimowych mogło Reo kojarzyć się jedynie jedno — przeszłość Akashiego w Teikou. Większość odpowiedzi musiało znajdować się właśnie tam, gdzie większość absolwentów gimnazjum,  czyli w Tokio.
Już wiedział, gdzie spędzi kolejny weekend. O ile, oczywiście, Akashi nie wymyśli kolejnego treningu. Ale przecież kiedyś też musiał odpoczywać.

Meiko. Michiru.
Sypialnia lśniła wręcz czystością. Przez duże okno wpadało do pomieszczenia światło zachodzącego słońca, oświetlając szare ściany i dwuosobowe łóżko z naciągniętym na czarną satynową pościel czerwonym, przyjemnie miękkim kocem. Resztę pomieszczenia urządzono bardziej nowocześnie. Obok szyby stało duże białe biurko, przy którym śmiało, siedząc jedna obok drugiej, zmieściłyby się trzy osoby. Obok stała podręczna biblioteczka w tym samym kolorze, chociaż chyba słowo „biblioteczka” niekoniecznie określało zasoby książek w tym pomieszczeniu. W swojej prywatnej kolekcji Akashi zgromadził blisko trzysta godnych jego zdaniem uwagi pozycji, do których zaglądał z różną częstotliwością. Z niektórych wystawiały kolorowe fiszki świadczące o próbach analizy czytanego tekstu, notowaniu osobistych spostrzeżeń na marginesach lub zaznaczaniu interesujących cytatów. Przy wyjściu na korytarz stała szafa, w której znajdowała się bielizna i kilka czystych mundurków liceum Rakuzan, które wolał mieć po ręką niż w garderobie. Poza tym znajdowały się tu jeszcze dwie pary jasnych drzwi — jedne prowadziły do wspomnianego wyżej pomieszczenia, drugie do prywatnej łazienki.
Usiadł przy biurku, porzucając torbę przy nodze obrotowego fotela. Pozwolił sobie na chwilę relaksu na miękkich poduszkach, nim na wypolerowanym na błysk blacie jego uwagę przykuła wyciągnięta kilka tygodni temu z rodzinnego albumu fotografia. Szlag trafił planowany przez Seijuurou relaks, gdy wspomniał uwieczniony na zdjęciu moment z jego życia — przyjęcie z okazji ukończenia pierwszej klasy szkoły podstawowej młodego Akashiego. Na kawałku błyszczącego papieru bez problemu dostrzegł uśmiechającą się radośnie matkę, która dumnie trzymała drobne dłonie na ramionach jedynego dziecka. Obok ojciec patrzył w stronę fotografa z poważnym wyrazem twarzy. Seijuurou z lekko uniesionymi kącikami ust pokazywał w stronę fotografa świadectwo z wyróżnieniem. 
Byli też oni. 
Hanamiya Shigeru obejmował ramieniem sztucznie uśmiechającą się żonę. Sayuri w tamtym czasie farbowała włosy na chłodny blond i wyglądała niemal jak starsza siostra pani Akashi z tymi jasnymi kosmykami upiętymi w eleganckiego koka i błyszczącymi z podekscytowania oczami. Pomiędzy dwojgiem dorosły stało ich dziecko, ta dziewczynka, która w przyszłości napsuła tyle krwi kapitanowi Rakuzanu.
Na pucołowatej twarzy Hanamiyi Michiru uwieczniono uśmiech. Błyszczące włosy zapleciono starannie w dobierany warkocz, przerzucone z pewną nonszalancją przez ramię. W dziecięcej ręce ściskała dokument potwierdzający ukończenie pierwszej klasy, nie tak dobre, oczywiście, jak Akashiego, ale jak wczoraj pamiętał, jak dumny był Shigeru z wyniku córki z języka japońskiego.
Była lepsza. W tej jednej dziedzinie. Przy tych wszystkich innych, w których lepszy okazał się Seijuurou, ale zdaniem Masaomiego nie zasłużył sobie na pochwałę. Ale na naganę za to, że przegrał z córką Hanamiyów.
Opanował rosnące poczucie frustracji, gdy przywołał spojrzenie jej przerażonej twarzy z zaledwie kilku tygodni. Michiru nadal czuła przed nim strach, o którego wzrastanie osobiście zadbał podczas nauki w Teikou. Otrzymała bolesną lekcję na całe życie i jeszcze długo miała odczuwać skutki wchodzenia w drogę absolutowi pokroju Akashiego. Wszystko, oczywiście, poszłoby zgodnie z misternym planem, gdyby nie jeden mały szczegół, który zaburzył harmonię
Hiroko Meiko.
Niczym najcenniejszy skarb wyjął z torby „Upadek nieskończonego świata” spod pióra Hanamiyi. Utożsamienie autorki zbioru opowiadań ze znienawidzoną rywalką stanowiło paradoks równie wielki jak współpraca Hitlera ze Stalinem w pierwszej fazie drugiej wojny światowej, gdzie naziści w swoim programie politycznym deklarowali walkę z komunizmem. Wydawało się nieprawdopodobnym żartem, które jednak znalazł zastosowanie w rzeczywistości.
Otworzył książkę na losowej stronie zaznaczonej fiszką i niemal od razu rzuciła mu się wypowiedź, która potwierdziła wysnutą tezę.
Teoretycznie niemożliwe jest wstrzymanie ruchy planet  czy zaprzeczenie prawom fizyki. Ale nauczono mnie, żeby spodziewać się niespodziewanego.
O ironio, Akashi Seijuurou musiał przyznać, że osoba, którą miał za największe zło, jakie go zaraz po śmierci matki spotkało, dała mu tymi słowami skuteczną lekcję pokory. Zamknął zbiór opowiadań i starannie odłożył na półkę między innymi pozycjami młodej autorki. Postanowił zepchnąć poprzednie odkrycie w głąb podświadomości, zajmując się nauką. To najlepsze, co w tej chwili mógł zrobić, by nie myśleć o Hanamiyi Michiru, o ambiwalentnej dwoistości jej natury i równie sprzecznym stosunku Seijuurou do tej irytującej dziewczyny.
Mógłbyś pozwolić mi to rozwiązać.
Głos heterochromicznego Akashiego rozbrzmiał w jego głowie, gdy tylko sięgnął po podręcznik do matematyki. Kompendium wiedzy niemal wyślizgnęło się rudzielcowi z dłoni, ale dzięki szybkiemu refleksowi zdążył zaasekurować je drugą ręką. Nie spodziewał się, że siedząca mu w głowie inna strona osobowości ujawni się tak szybko.
Ostatnio to ja rozwiązałem ten problem, przypomniał. Michiru więcej ci nie weszła w drogę. A ten żałosny bunt zaczyna mnie powoli drażnić. I wiem, że ciebie też.
— Jest pokonana — powiedział na głos. — Nie ma odwagi podnieść się z kolan. Widziałem to twoimi oczami.
Jak wolisz, zakpił. Jeszcze będziesz mnie błagał o pomoc.
— Zamilcz.
Nie mógł pozwolić się pokonać, kiedy dopiero odzyskał władzę nad ciałem. I, co ważniejsze, zaczął ponownie dogadywać się z Kuroko i resztą byłej drużyny. Jedynie Momoi i Aomine zachowywali pewien dystans, pewnie ze względu na Hanamiyę. Nic dziwnego, przyjaźnili się od małego i żadne nie chciało zaprzepaścić ponownie długoletniej relacji. To był kolejny czynnik, który powstrzymywał kapitana Pokolenia Cudów od aktywnego działania. Michiru plasowała się zbyt wysoko w hierarchii tych dwojga, ponadto zyskała sobie sympatię Ryouty i Tetsuyi oraz oczywiście drogocennego rozgrywającego z Shuutoku, który trzymał się blisko z Midorimą. Nową pozycję literatki Seijuurou określiłby jako kłopotliwą, ale ryzykowną. Gdyby ty wszystko runęło jak domek z kart…
Pozostawał tylko jeden problem. Była na to zbyt inteligentna. Nie istniała możliwość, że popełniłaby dwa razy ten sam błąd. Nieważne, jak bardzo złe zdanie miał o dziedziczce Hanamiyów, tego jednego nie mógł jej odmówić.
I tym razem nie milczała.

— Jesteś dzisiaj podejrzanie z siebie zadowolony.
Nieprzyjemny ton Makoto przerwał ciszę wypełnianą jedynie skwierczeniem oleju i skrobaniem drewnianej łopatki o powierzchnię patelni. Siedzący przy stole Imayoshi podniósł wzrok znad podręcznika i zmierzył spojrzeniem starszego Hanamiyę. Mógł się spodziewać, że poprawa humoru nie umknie uwadze chłopakowi z nieprzeciętnie wysokim IQ.
— Pewnie — przyznał. — Nijimura wreszcie wyjeżdża. Mój teren znowu zrobi się czysty.
Mięśnie ramion Makoto napięły się, gdy wybrzmiała druga część wypowiedzi chłopaka. Owszem, dobitnie udowodnił mu miejsce w życiu Michiru, miejsce, które po dezercji, zostało bardzo szybko zajęte przez Shouichiego, ale nie chciał przyjąć tego do wiadomości. 
— Jeszcze z niej nie zrezygnowałeś? — zapytał z pozorną kpiną. Jeszcze parę razy zamieszał intensywnie łopatką, po czym ściągnął patelnię z palnika. Przełożył mieszankę ryżu z warzywami i kawałkami kurczaka w panierce do dwóch misek i podstawił okularnikowi posiłek pod nos. — Jedz, nim stracę do ciebie cierpliwość, kretynie.
— Nie denerwuj się, Hanamiya — zaśmiał się. — Jaką mam pewność, że przypadkiem czegoś mi nie dosypałeś?
— Nakładałem sobie to samo. — Zmrużył ostrzegawczo ciemnozielone oczy. Zabawnie wyglądał z tą swoją wyzywającą miną, gdy patrzył z góry na wyższego od siebie starszego nastolatka. Imayoshi skapitulował, wzruszył ramionami i chwycił pałeczki w rękę. Hanamiya skwitował to zachowanie jedynie prychnięciem godnym buntującego się kociaka i usiadł naprzeciwko okularnika. 
Chwilę spożywali wyjątkowo smaczny posiłek w milczeniu. Shouichi jednym okiem spoglądał na pomoce naukowe, jakby zupełnie nie przejmował się obecnością kochanka. Ostatnimi czasy działo się tak coraz częściej — absolwent Akademii Touou przynosił książki, rozsiadał się w kuchni lub salonie. Zwykle Kiyoshi rozkładał się obok okularnika, ale, o dziwo, nie domagał się zwyczajowej dawki atencji.
Nastolatkowe zamieniali zwykle parę słów na błahe tematy, zwykle wzajemnie sobie dogryzając. Okularnik nie inicjował żadnych sytuacji o podtekście erotycznym, nie rzucał dwuznacznymi tekstami i raczej przychodził z przyzwyczajenia niż po to, by spędzać czas z kochankiem.
— Do czego wkuwasz? Egzaminy na studia już zaliczyłeś — zauważył.
— Matura amerykańska — rzucił, jakby to nie było nic niesamowitego. Nie przerwał pochłaniania wiedzy znad zapisanych drobnym druczkiem kartek. Hanamiya zakrztusił się właśnie przeżuwanym kawałkiem kurczaka. Odkaszlnął, czym zwrócił wreszcie uwagę byłego kapitana Touou.
— Ciebie też tam nosi? — prychnął. Spojrzał na niego w taki sposób, jakby uderzył się zbyt mocno w głowę podczas przypadkowego upadku. Imayoshi nie wyglądał na poruszonego, dopiero po chwili uśmiechnął się na ten swój lisi sposób. Bad Boy wiedział, że ten wyraz twarzy nie zwiastował niczego dobrego, przynajmniej dobrego w jego hierarchii.
— Czyżbyś tęsknił, gdybym wyjechał?
Żyłka zapulsowała na czole Hanamiyi. Nienawidził tych pytań zmuszających do szukania wymówek, a każda kolejna okazywała się słabsza od poprzedniej. A ta patowa sytuacja zawsze prowadziła do kolejnego triumfu odnoszonego przez Imayoshiego. To najbardziej godziło w dumę Makoto.
Wybawieniem okazał się śmiertelny wróg pana domu. Diva wmaszerowała przez otwarte drzwi, zlokalizowała cel poszukiwań i z uniesionym ogonem podeszła do okularnika. Bez najmniejszego skrępowania zaczął ocierać się o nogi nastolatka, domagając się uwagi. Nic dziwnego — Shouichi porzucił naukę na rzecz rozmowy z kochankiem. Makoto uśmiechnął się na tego swój paskudny sposób.
— Ja nie —  oświadczył z wyższością. — Ale ten sierściuch na pewno.
Zwierzak prychnął ostrzegawczo w stronę właściciela, gdy Imayoshi wziął go na ręce i posadził sobie na kolanach. Lewą ręką podrapał pupila za uchem, prawą chwytając odłożone przed chwilą pałeczki.
— Uroczy jesteś, gdy próbujesz się wywinąć — skwitował.
— Rzygać mi się chce na samą myśl, że znowu coś knujesz — odwarknął Hanamiya. Wystarczająco paskudny wyraz twarzy, jakim obdarzyła go natura, oszpecił dodatkowo grymas, który wykrzywił blade wargi. — Nie wpierdalam się w to, co wyprawiasz z tą głupią babą i tym debilem z Ameryki, ale, do jasnej cholery, nie traktuj mnie jak kompletnego kretyna! — Zacisnął dłoń w pięść i uderzył w pięść, chcąc wyładować gniew w inny sposób niż przez rzucenie się na kochanka i zastosowanie środków, do jakich się uciekł przy niespodziewanym spotkaniu z Akashim. Kiyoshi, przestraszony niespodziewanym zwrotem akcji, z gracją zeskoczył z kolan Shouichiego i syknął na właściciela. Imayoshi rozchylił powieki i z poważną miną spojrzał na młodszego nastolatka.
— Uspokój się.
Makoto mógł spodziewać się wszystkiego: rzucania talerzami, szaleńczego wybuchu śmiechu, kpiny, krzyku, wreszcie brutalnego przyparcia do ściany i co najmniej niedelikatnego pocałunku, ale nie tego. Imayoshi zachował wyjątkowy chłód oraz nienaturalne w tej sytuacji opanowanie. Przyzwyczaił Hanamiyę do odpłacania pięknym za nadobne, ale najwyraźniej wzmianka o Michiru, Nijimurze albo nawet porównanie swojej sytuacji do traktowania ich dwojga przez Shouichiego sprawiło, że tym razem zachował się inaczej. Nie według schematu.
Zmarszczył szerokie brwi, czekając na ciąg dalszy wypowiedzi.
— Mam po dziurki w nosie twojego braku wdzięczności, Hanamiya — kontynuował, nie zmieniając tonu. — Nie jestem Akashim, żeby każde moje zachowanie kwalifikować jako potencjalnie niebezpiecznie. Czasem myślę o innych, wiesz? — Roześmiał się gorzko, wywołując zdziwienie u rozmówcy. — A dziennikareczka… To aż zabawne, że akurat ze wszystkich ludzi akurat ty bierzesz ją za argument. Michiru ma u mnie specjalne traktowanie i nie zrobiłbym czegoś, co by ją skrzywdziło. Ale ty nigdy tego nie zrozumiesz. Co do Nijimury — uśmiechnął się kącikiem ust — nie powiedziałem, że ma taryfę ulgową. Nie zasłużył. Ale to nieważne. Wracając do meritum, powinieneś znać mnie na tyle, żeby wiedzieć, że nie rucham się z idiotami, Hanamiya — zakończył.
Po tych słowach kompletnie deklasujących wypowiedź Makoto wiedział już, że nie istniał sposób, by wyciągnąć z okularnika powód jego odbiegającego od schematu zachowania. Bad Boy przeanalizował każde zdanie jeszcze raz i z niezadowoleniem stwierdził, że jest jednak osoba, która potrafiłaby się tego dowiedzieć. A znając naturę lisiego okularnika, tylko o to mu chodziło.
Michiru ma u mnie specjalne traktowanie.
Nie uśmiechało mu się jednak z nią godzić. Nietęga mina licealisty sprawiła, że usta Imayoshiego wygięły się w uśmiechu pełnym satysfakcji. Najwyraźniej o to chodziło. Makoto w myślach stwierdził, że lepiej by było, gdyby kochanek używał ich do czegoś przydatniejszego niż manipulacja ludźmi.

Z zamyślenia wyrwał ją śmiech Takao. Przeniosła wzrok z plastikowego talerzyka z na wpół zjedzoną kremówką na promienną twarz przyjaciela. Siadł po turecku w nogach łóżka  z własną porcją. Niemal cały czas trajkotał o dodatkowych treningach, na jakie ciągał go Midorima, zmotywowany, by tym razem pokonać Seirin. Hanamiya słuchała rówieśnika pobieżnie, zbyt skupiona na wydarzeniach dzisiejszego popołudnia. Próbowała nie dawać nic po sobie poznać i przez dłuższą chwilę myślała, że rozgrywający Shuutoku nic nie zauważył.
— Co cię tak rozbawiło? — zapytała z naburmuszoną miną, wydymając zabawnie policzki.
— No bo wiesz… twój policzek… — wyrzucił pomiędzy napadami śmiechu. Michiru zmarszczyła pytająco brwi, próbując opanować narastające poczucie irytacji. Nastolatek dostrzegł niezadowolenia przyjaciółki, podjął próbę opanowania się i z najpoważniejszą miną, na jaką było go stać, oświadczył: — Ubrudziłaś się kremem.
Z zawstydzenia jej policzki pokryły się czerwienią. Kto by pomyślał, że wytrącona z równowagi mogła zachować się jak małe dziecko, które dopiero uczyło się samodzielnie jeść. I jeszcze uniosła się bez najmniejszego powodu! Takao musiał wziąć ją za idiotkę.
Uśmiechnął się łobuzersko i zgrabnie zgarnął łyżeczką sprawcę całego zamieszania. Nieszczęsny krem skończył w buzi chłopaka, co wywołało jeszcze większe zakłopotanie u Hanamiyi.
— Nie mogło się zmarnować — stwierdził, jak gdyby nigdy nic. — Ale cieszę się, że wreszcie zwróciłaś na mnie uwagę.
— Trochę się zamyśliłam. — Uniosła drżące kąciki ust w przepraszającym uśmiechu. Nerwowym ruchem odgarnęła pasmo włosów za ucho, widelczykiem odkroiła kawałek ciastka i wzięła do ust. Musiała przyznać, że kremówka była wyjątkowo smaczna. Nie wiedziała, skąd Takao miał namiary na tak dobre cukiernie, ale mogła śmiało podejrzewać udział w spisku największego amatora słodyczy, jakie poznała. Nie chodziło o nikogo innego jak o Murasakibarę Atsushiego.
— Coś się stało, Michiru? Jesteś strasznie nieobecna — zapytał, szczerze zmartwiony.
— Nic, naprawdę — odpowiedziała szybko. Zbyt szybko, by brunet niczego nie podejrzewał. Uniósł pytająco brew. Przypomniała sobie, co ostatnio wynikło z ukrywania prawdy i od razu zrezygnowała z brnięcia w kłamstwo. W końcu obiecała sobie, że za wszelką cenę nie popełni tych samych błędów. — No dobrze, Kazu, niech ci będzie. 
Opowiedziała mu o trudnych relacjach z rodzicami, o Shuuzou i sprawie z gimnazjum, o jego wsparciu, o niespodziewanej wizycie jego matki. O Hiroe opowiadała z uśmiechem na ustach. Wspomnienie tej ciepłej, ale stanowczej kobiety wywoływało przyjemne uczucie w klatce piersiowej. Nie znała go wcześniej, wypowiedzi na temat rodziców zwykle pozbawione były jakiegokolwiek podłoża emocjonalnego oprócz strachu i respektu, jakiego nauczono ją już we wczesnym dzieciństwie. Ton zmienił się, gdy opowieść dotarła do wizyty Sayuri, do jej bolesnych słów, do wyjątkowo protekcjonalnego traktowania.
— Wtedy pani Nijimura wzięła mnie w obronę. — W kącikach oczu zebrały jej się łzy. — Nigdy wcześniej nikt obcy… — Nie potrafiła opanować drżenia głosu. Starła niepożądane krople wierzchem dłoni, drugą ręką odłożyła talerzyk na szafkę nocną. Straciła apetyt.
— Hej, Michiru. Nie płacz. Pani Nijimura zachowała się jak najbardziej w porządku. To twoi rodzice — powstrzymywał się chwilę nad użyciem obraźliwego sformułowania, ale przez wzgląd na i tak już poruszoną przyjaciółkę powstrzymał się — naprawdę nie powinnaś ich słuchać. Nie traktują cię dobrze. Uśmiechnij się. Tak ci o wiele bardziej do twarzy.
— To nie wszystko. Zostałam sama z Shuuzou, pani Nijimura wyprowadziła moją matkę. I wtedy, gdy rozmawialiśmy… — Trudno było jej to ubrać w słowa. — Shuuzou powiedział mi coś bardzo dziwnego.
Uniósł pytająco brew. Hanamiya, mimo całego swojego uporu w niedopuszczaniu starszego chłopaka do udziału w jej terapii czy początkowym milczeniu, niewątpliwie to właśnie z nim ze wszystkich otaczających ją ludzi była najbliżej. I Takao wydawało się, że Nijimura czuł w stosunku do dziewczyny dokładnie to samo. 
— „Mnie jesteś potrzebna” — zacytowała po wzięciu głębszego wdechu.
— Dlaczego to powiedział? — zapytał. Minę miał taką, jakby pogubił się w wypowiedzi licealistki. — Takich tekstów nie rzuca się ot tak, nawet gdy jest się z dziewczyną blisko. Zwykle padają teksty w stylu, że jest ważna. Ewentualnie najważniejsza.
— Bo wiesz — spuściła wzrok, po czym ciągnęła nieśmiało — zapytałam go, czy nie lepiej by było, gdybym się wtedy utopiła. 
Napiął ze złości wszystkie mięśnie. Czuł się bezsilny. Tym razem nie potrafił jej rozweselić, jak to zwykle wychodziło zupełnie naturalnie. Pocieszanie i rozmowy na trudne tematy definitywnie nie należały do jego mocnych stron — nawet, gdy stanął z Hanamiyą twarzą w twarz po raz pierwszy po jej wybudzeniu, potrafił poprowadzić konwersację tak, że dziewczyna sama porzuciła poważny ton.
— Teraz wiem, że to było głupie — kontynuowała dalej. — I że zraniło Shuuzou. Ale wiesz, przez chwilę siedzieliśmy blisko siebie. I mam wrażenie, że w tym wszystkim, nie licząc tego strachu, który czuję, przez chwilę pojawiła się myśl, że chciałabym, żeby mnie przytulił — przyznała. — Że go potrzebuję. I że się nie boję. Ale to wszystko szybko zniknęło.
— Więc nic nie zrobił? — upewnił się. 
Zarumieniła się po raz kolejny tego dnia.
— N-nie — wydukała. Instynktownie zacisnęła palce na naszyjniku od Nijimury. Kazunari podejrzewał, że za tym gestem kryło się na tyle intymne wspomnienie, że postanowił nie ciągnąć jej więcej za język.
Myśl, że to właśnie ten chłopak, który powrócił do życia przyjaciółki tak niespodziewanie, mógł zrobić więcej niż on, Takao Kazunari, i Imayoshi Shouichi razem wzięci, powodowała nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Wprawdzie Shuuzou wydawał się porządnym człowiekiem i Michiru widocznie na nim zależało, ale nie mógł się do końca pogodzić z prawie dokonanym faktem. I zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Że gdyby Hanamiya spotkała się z Nijimurą raz jeszcze przed jego powrotem do Ameryki, nie wiadomo, do czego by pomiędzy nimi.
Nie wiedział, co o tym myśleć.
— Musimy powiedzieć twojemu lekarzowi — przypomniał jej. Spróbował zapomnieć o teoriach, jakie powstawały w jego głowie. Posłał jej promienny uśmiech. — Znając ciebie, pewnie zapomniałaś, prawda?
— Dobrze mnie znasz — skwitowała, już weselsza niż dwie minuty wcześniej.
Nie tak dobrze, jakbym chciał.

Mnie jesteś potrzebna.
Wspomnienie słów wypowiedzianych pod wpływem impulsu odbiło się echem w głowie Nijimury. Gdy opuścił powieki, pod oczami ponownie rozgrywała mu się ta scena — ciepły oddech Michiru na jego karku, jej działający jak narkotyk zapach, bardziej miękkie niż poprzednio w dotyku włosy, lekko przesuszona blada skóra pod jego wargami i zdziwienie przyjaciółki, gdy pozwoliła mu się odsunąć. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami, usta miała lekko rozchylone. Z jej twarzy wyczytał zaskoczenie i szok wymieszany z domieszką strachu.
Zastanawiał się, czy przypadkiem nie złamał obietnicy i nie przekroczył ważnej granicy.
— Shuuzou.
Nie zauważył, kiedy Hiroe weszła do pokoju. W ręce trzymała stosik wypranych i świeżo wyprasowanych ubrań. Zdążyła zmienić bardziej oficjalny strój na luźną zieloną tunikę i brązowe legginsy. Starannie ułożyła odzież w walizce syna, po czym przysiadła na brzegu łóżka. Troskliwie odgarnęła kosmyki z czoła pogrążonego w rozmyślaniach nastolatka i uśmiechnęła się pocieszająco. Nie wyglądało na to, że miała mu za złe, że po powrocie z szpitala nie zajął się pomocą w obowiązkach domowych.
— Dobrze się czujesz? — zapytała. — Jeżeli chciałbyś zostać jeszcze jeden dzień, mógłbyś przebukować bilet — zaproponowała łagodnie.
— Nie mogę, mamo. Narobiłem sobie wystarczająco dużo zaległości w szkole — przyznał. — Zamyśliłem się trochę — dodał, chcąc uspokoić zmartwioną rodzicielkę.
— Wszystko z nią w porządku? Z twoją małą Michiru?
Obawiał się tego pytania. Nie potrafił okłamać Hiroe, nie czułby się względem niej uczciwie. Z drugiej strony nie wiedział właściwie, czy zna odpowiedź. Hanamiya wcześniej nie poruszała tematu nieudanej próby samobójczej i obawiał się o jej kondycję psychiczną po konfrontacji z matką. Po raz pierwszy wtedy zdał sobie sprawę, że afenfosmofobia to tylko jeden z kilku istotnych problemów w życiu przyjaciółki. I że przecież istniały w niej rzeczy, które nawet Nijimurę potrafiły doprowadzić do utraty kontroli.
To miałaś na myśli?
— Rozmówiłam się porządnie z tą… kobietą — zignorowała milczenie pierworodnego. Był jej wdzięczny, że nie musiał odpowiadać. — Nie sądzę, żeby chciała zmuszać Michiru do czegokolwiek. Nie musisz się tym przejmować, synu — zapewniła z ciepły uśmiechem. Dotyk pulchnych palców rodzicielki wyciszał mętlik w głowie nastolatka.
— Wiesz, mamo, Michiru mi mówiła, że nie dogaduje się z rodzicami, ale to przeszło moje oczekiwania — wyznał. — Gdybym wiedział wcześniej…
— Csi, Shuuzou. Nie zadręczaj się.
Pocałunek w czoło przywołał wspomnienia z dzieciństwa, gdy Nijimura myślał, że coś zbroił, a okazało się, że matka nie miała żadnego powodu, by się gniewać. Uśmiechnął się kącikiem ust, podniósł się ciężko do siadu i czule przytulił się do Hiroe. Może nie potrafiła zrozumieć zamieszania, jakie wywoływała w jego życiu młoda Hanamiya, ale i w tym przypadku skutecznie podniosła go na duchu.
— Dziękuję, mamo — wyszeptał.
— Nie masz za co — odpowiedziała, odwzajemniając uścisk. Dla pani Nijimury Shuuzou nadal pozostawał dzieckiem, które czasem trzeba poklepać po główce i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, nawet jeżeli sytuacja wydaje się wyjątkowo tragiczna. — Wiem, jakie to trudne, gdy nie potrafisz pomóc osobie, którą kochasz.
Drugą część tej wypowiedzi skomentował milczeniem tylko dlatego, że nie wiedział już, co tak naprawdę czuł do Hanamiyi Michiru. Jeszcze przed tygodniem z pewnością by zaprzeczył.