Zakon Czerwonego Goździka: Rozdział Pierwszy "Tożsamość"

Tytuł: "Niewidzące oczy: Zakon Czerwonego Goździka" Rozdział Pierwszy "Tożsamość"
Fandom: Naruto


Nie uważał niezapowiedzianej wizyty na ziemiach klanu Kaneshon za najrozsądniejszy pomysł Tsunade. Hokage jednak stanowczo ucięła wszelkie skargi, gdy pokazywała Kakashiemu i drużynie siódmej lokalizację klasztoru. Rozkazała dostarczyć dwa zwoje: jeden do przywódczyni społeczności, drugi do Yume. Nie otrzymali więcej informacji.
Spojrzał na Naruto. Uzumaki podejrzliwie mrużył oczy, rozglądając się wokół siebie. Wiekowe drzewa rozpościerały korony ponad głowami shinobi, ograniczając dopływ światła słonecznego. Z nieprzeniknionej głuszy nie docierał żaden dźwięk, chociaż poszukiwania prowadzili od samego rana, zgodnie z mapą krążąc po terytorium Kaneshonów. Blondyn odwrócił się w stronę mistrza, złożył błagalnie ręce.
— Może zrobimy przerwę, mistrzu Kakashi? — zaproponował.
— Naruto, Hokage mówiła, że to pilna sprawa — przypomniała karcącym tonem Sakura.
— Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko — wtrącił Sai. 
Hatake westchnął, pomasował kark. Dzieciaki miały rację. Te poszukiwania, do czegokolwiek nie prowadziły, wydawały się coraz bardziej bezcelowe. Ale czego innego spodziewać po klanie, który od stuleci ukrywał się przed całym światem shinobi, zabierając ze sobą jakąś dziewczynę od Uchihów?
Yume, pomyślał. Kimkolwiek jesteś, co znaczyłaś dla Itachiego? I czy Sasuke wie o twoim istnieniu?
— Półgodzinna przerwa — zarządził, siadając pod drzewem i wyjmując z kieszeni książkę. 
Kątem oka zauważył, jak syn Czwartego rozkłada się na ziemi i wcina ryżowe kulki. Sakura pokręciła z niedowierzaniem głową, uśmiechając się pobłażliwie. Sai usadowił się na jednej z wyżej położonych gałęzi, po zaczął szybkimi pociągnięciami ołówka zaczął szkicować w notatniku.
Nie mógł się skupić na wielokrotnie czytanych słowach. Miał wrażenie, że atmosfera się zagęściła, ale nie wyczuł w pobliżu żadnej chakry. Podopieczni nie wyglądali, jakby coś ich zaniepokoiło, więc Kakashi szybkim ruchem podniósł opaskę i aktywował Sharingana. Wtedy zobaczył tajemnicze postaci w bieli. Jedna pilnowała każdego shinobi z Konohy, o czym przekonał się, gdy poczuł ostrze na gardle. Nie zdążył krzyknąć, by ostrzec nieświadomych zagrożenia podwładnych. Napastnik pstryknął palcami.
Naruto krzyknął, gdy nieznajoma dziewczynka kopnęła go w brzuch, posyłając blondyna w najbliższe drzewo. Wyrzuconymi chwilę później kunaiami przyszpiliła ciało do pnia. Sakurę jakiś mężczyznę przygniótł do ziemi, trafiając kolanem w plecy i wykręcając ręce. Sai miał wycelowany miecz w gardło, więc podniósł dłonie w górę, wypuszczając z notatnik i ołówek. 
Napastnik, który obezwładnił Kakashiego, obszedł drzewo, nie opuszczając chociażby na chwilę ostrza. Hatake przekonał się, że wszyscy nieznajomi mieli parę wspólnych cech: białe gładkie włosy, związane ciasno gumką lub spływające kaskadami po ramionach; lodowato niebieskie oczy, nieprzeniknione, utkwione w przeciwniku, czujnie obserwujące każdą reakcję przyszłej ofiary. Biel kimona z wyhaftowanymi na plecach czerwonymi goździkami niemal zlewała się z jasną karnacją.
Kaneshon, przeszło mu przez myśl.
— Kim…? — Chciał zapytać, ale napastnik brutalnie mu przerwał.
— Milcz, póki pani Azumi nie przyjdzie — warknął. Kakashi spojrzał mężczyźnie w oczy. Nie potrafił przejrzeć Sharinganem natury jego czakry, wydawał się szarą plamą na tle tętniącej życiem przyrody, jakby ktoś go, zupełnie jak całe terytorium klanu, ukrył przed światem.
— Mistrzyni nie byłaby zadowol0na, gdyby dowiedziała się, że tak opryskliwie traktujesz posiadacza Sharingana, Haji — rzuciła dziewczynka, która zaatakowała Naruto. Stała z wyzywająco ułożoną ręką na biodrze, z góry przyglądając się Uzumakiemu. Chociaż nie patrzyła na mężczyznę nazwanego Hajim, tamten najwyraźniej nie miał wątpliwości, że te słowa zostały skierowane do niego.
— Ciągle tylko „mistrzyni” i „mistrzyni”. Zmieniłabyś płytę, Ei. Nigdy nawet jej nie widziałaś. Rządzi pani Azumi, pogódź się z tym — prychnął.
Dwoje pozostałych członków klanu nie zdążyło się odezwać, gdy w centrum zamieszania pojawiła się nagle jeszcze jedna osoba. Wyglądem nie różniła się od pozostałych Kaneshonów. Wyjątek stanowił pas, którym przewiązała kimono — na tle bieli wyraźnie odcinała się czerwień. Nie spojrzała nawet na zaatakowanych shinobi z Konohy, tylko władczo rzuciła:
— Opuścić broń.
Polecenie zostało wykonane w mgnieniu oka. Ei bez słowa sprzeciwu podeszła do oniemiałego Uzumakiego, wyszarpnęła z drzewa kunaie i starannie przymocowała do ukrytych pod obszernymi rękawami kieszonek. Naruto poderwał się, potrącił dziewczynkę Kaneshonów i podbiegł do mistrza.
— O co tutaj chodzi? — zapytał.
Sai zeskoczył razem z napastnikiem z drzewa. Haji rzucił coś pod nosem, ale widząc niezadowoloną minę nowo przybyłej, opuścił broń. Sakura ściągnęła brwi, gdy niedoszły oprawca podał jej szarmancko rękę, pomagając wstać.
— Przepraszam za tak brutalne przywitanie przez moich podwładnych, ale widocznie nie zrozumieli subtelnej aluzji — przemówiła ze spokojem. — Miło mi powitać na ziemiach klanu Kaneshon shinobi Konohy. Mistrzyni was oczekuje. Mam tylko jedno pytanie — spojrzała na Kakashiego — mógłby mi pan powiedzieć, dlaczego posiadając Sharingana, nie należy do klanu Uchiha? 

Obdrapane nagie ściany zasłonięto czerwonymi ciężkimi tkaninami. W pomieszczeniu unosiła się woń cynamonu i maliny. Skromnie umeblowano — ba pierwszy rzut oka — gabinet. Na środku ustawiono ciężkie dębowe biurko, również nie pierwszej świeżości. Jedyne krzesło zajmowała kobieta o białych włosach, łagodnie spływającymi kaskadami po szczupłych ramionach. W przeciwieństwie do Kaneshonów wpatrywała się w przybyszów nie lodowato błękitnymi oczami, a niewidzącymi szarymi.
Kakashi nie spodziewał się, że nie wyczuje od niej niczego — była zupełnie jak spotkani wcześniej członkowie klanu. Ona jednak przekrzywiła lekko głowę i zupełnie świadomie uśmiechnęła się w jego stronę. Z aktywowanym Sharinganem Hatake bez problemu mógł zauważyć, że niemal całe ciało skryte pod białym kimonem pokrywa ciąg niezrozumiałych znaków.
— Przyprowadziłam ich, mistrzyni. — Kaneshon Azumi wystąpiła naprzód.
— Zostań — poprosiła cicho kobieta. Przywódczyni klanu stanęła obok krzesła. — Więc? Nieczęsto gośćmi na tych ziemiach są shinobi z Konohy, nie sądzisz, Hatake Kakashi? Czego chcecie?
— Mistrzu Kakashi, skąd ona cię zna? — zapytał Naruto, bezceremonialnie wskazując palcem nieznajomą kobietę. Zmrużyła wściekle oczy, co natychmiast zobaczyła Azumi. Kaneshon skrzyżowała ostrzegawczo ręce na piersiach, po czym obrzuciła Uzumakiego krytycznym spojrzeniem.
— W tym klasztorze należy się wyrażać z szacunkiem, synu Czwartego Hokage — wyjaśniła kulturalnie nieznajoma. Nim jednak chłopak zdążył zadać kolejne pytanie, kontynuowała: — Jestem wyrocznią klanu Uchiha, ich oczami przyszłości i przeznaczenia. Czego może chcieć Konoha?
Kakashi spoważniał. Najwyraźniej nie miała zamiaru owijać w bawełnę, zresztą nie spodziewał się tego po kimkolwiek związanym z Uchihami.
— Przynosimy wiadomość od Piątej Hokage i Uchihy Itachiego.
Mistrzyni wyglądała na wstrząśniętą tymi słowami. Rozchyliła lekko drżące wargi, uniosła brwi w geście bezsilności. Poza tym nie wstała, oburzona, nie nakazała gwałtownym gestem dłoni się wynosić. Dopiero po chwili Kakashi zrozumiał dlaczego. Nie mogła się poruszyć.
— Wy… — Azumi zacisnęła rękę na ramieniu przełożonej.
— Nie — przerwała jej. — Chcę wysłuchać, co mają do powiedzenia. Wyjdź — nakazała chłodno. Nie okazała zdenerwowania, na jej bladą twarz powrócił stoicki spokój. Kaneshon spuściła wzrok, ale pokornie wyszła z zaciśniętymi dłoniami w pięści. — Musicie wybaczyć mi zachowanie Azumi. Nigdy nie opuściła murów tego klasztoru. Obcowała z niewieloma ludźmi z zewnątrz, którzy bez wyjątku należeli do klanu Uchiha.
— Nie, nic się nie stało — po raz pierwszy od wejścia do klasztoru głos zabrała jedyna kunoichi w towarzystwie, po czym dodała, czując, że wypadałoby się przedstawić: — Nazywam się Haruno Sakura, jestem medycznym ninja i uczennicą Piątej Hokage. 
Pogratulowała bystrości dziewczynie, od razu przypominając sobie, kto został po śmierci Sarutobiego przywódcą wioski. Pamiętała jedną z trzech legendarnych sanninów jak przez mgłę — zresztą wszyscy ludzie, których poznała przed zamknięciem w Zakonie Czerwonego Goździka, zapamiętała właśnie w taki sposób — urywkami wspomnień, z którymi nie mogła się z nikim podzielić, no, może oprócz sporadycznych gości z klanu Uchiha. 
Z Shisuim.
Z Itachim.
— Nie sądziłam, że mistrzyni Tsunade weźmie kiedykolwiek kogoś pod swoje skrzydła — stwierdziła z lekkim rozbawieniem. — Od razu inna atmosfera się robi, gdy wiadomo, z kim się rozmawia, prawda? — zauważyła.
Blondyn zrozumiał aluzję. Wyciągnął przed siebie uniesiony kciuk w górę, uśmiechnął się szeroko i powiedział:
— Jestem Uzumaki Naruto! Nie wiem, skąd babunia tyle wie o mnie i mistrzu Kakashim, ale zostanę kiedyś Hokage, dattebayo! Moim ulubionym jedzeniem jest ramen z Ichiraku…
— Dziękuję, młodzieńcze, wystarczy — przerwała mu uprzejmie.
Jest dokładnie taki sam jak pani Kushina, pomyślała wyrocznia, mając w głowie obraz rozwrzeszczanej żony Czwartego Hokage. We wspomnieniach mignęła burza czerwonych włosów, potem przypomniała sobie jej uśmiech i wyobraziła, że jej syn również taki posiada. Ale mógłby nie nazywać mnie „babunią”, aż tak stara to chyba nie jestem.
— Sai — dodał trzeci młody ninja. Nie powiedział nic więcej, ale tyle wyroczni wystarczyło.
— Miło mi poznać — odpowiedziała. — I wreszcie Hatake Kakashi. Itachi sporadycznie o tobie wspominał.
— Więc to ty jesteś Yume z jego listu? — zapytał dla pewności.
— Nie czyta się cudzej korespondencji, Hatake Kakashi — zauważyła karcąco wyrocznia — ale faktycznie, zostałam tak Itachiemu przedstawiona — wyjaśniła. — Mógłbyś mi go przeczytać? — zapytała po dłuższej chwili.
— Sama babunia nie może? — zdziwił się Naruto. Najwyraźniej nie zwrócił uwagi na nieobecne spojrzenie kobiety, brak blasku w szarych oczach. Wyrocznia uśmiechnęła się przepraszająco.
— Widzę tylko przyszłość, Naruto — wyjaśniła. Azumi jest moimi rękoma, nogami i oczyma. To cena, jaką płaci wyrocznią klanu Uchiha.
— Klan Uchiha niemal nie istnieje. Przy życiu został tylko Uchiha Madara, Uchiha Sasuke i ty — zauważył Sai. Jego głos nie drgnął w żadnym momencie wypowiadania tych słów, jakby wybicie klanu przez Itachiego było normalną koleją rzeczy. Kobieta przymrużyła szeroko otwarte dotychczas oczy.
— Wiem wszystko — ucięła. Nie chciała się rozwodzić nad prawdziwą motywacją chłopaka. Kilka dni po tym, jak śniła się jej kolejna seria okropnych koszmarów, Azumi przyprowadziła do niej roztrzęsionego Uchihę. Głos mu drżał, gdy opowiadał o straszliwej zbrodni, moralnym dylemacie, a ona, jako sparaliżowana, w dodatku ślepa wyrocznia nie mogła nawet go przytulić. Po tamtej rozmowie nie pozwoliła przez kolejny miesiąc wypuścić Itachiego z klasztoru, dopóki nie poukładał sobie wszystkiego w głowie.
Miała wrażenie, że któryś z shinobi za chwilę zapyta, dlaczego ona również przeżyła, ale nic takiego się nie stało. Podziękowała w duchu zrządzeniu losu i jakiemukolwiek wyczuciu taktu pozostałych osób znajdujących się w pomieszczeniu. Wprawdzie nie mogła zobaczyć wyrazów ich twarzy, obserwować reakcji ciała, ale przyzwyczaiła się do takich niedogodności. Zaakceptowała cenę wraz ze swoim przeznaczeniem.
Usłyszała szelest papieru. Chwilę później w pomieszczeniu rozbrzmiał lekko zachrypnięty głos Kakashiego.
Yume.
Tak zwracali się do niej tylko rodzice, rodzeństwo i Itachi. Nie spodziewała się niczego innego, jakiegoś patetycznego zwrotu jak „wyrocznio”, jak to czasem potrafili pisać przedstawiciele klanu, gdy istniał w swojej okazałości.
Żałuję, że nie udało mi się powstrzymać Shisuiego. 
Nie musisz mnie przepraszać, Itachi, pomyślała. Nie miała pojęcia, co powiedziała chłopakowi jej poprzedniczka, ale przepowiednię dla zabójcy klanu formułowała własnymi ustami. 
Jest dokładnie tak, jak przepowiedziałaś mi kilkanaście lat temu. Nie sądziłem, że słowa wyroczni mają jakikolwiek sens.
Nikt w to na początku nie wierzy. Ja również nie, przynajmniej, gdy byłam Uchihą… w pełnym tego słowa znaczeniu, stwierdziła z żalem w myślach. Popełniała te same błędy co Itachi i nie mogła mu wytłumaczyć na swoim własnym przykładzie, że ludzka wola nie szła w parze z ustalonym odgórnie przeznaczeniem, do którego został stworzony każdy człowiek. Shisui musiał umrzeć, oddając wcześniej oczy najlepszemu przyjacielowi, Itachi wymordować klan i zginąć z ręki żądnego zemsty brata, a ona sama zostać zamkniętą w klasztorze do końca swoich dni.
To pożegnanie. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś.
Nie mogła się nie wzruszyć. Itachi rzadko kiedy zdobywał się na szczerość i to tylko wtedy, gdy byli sami, nigdy w listach. Powód, dla którego posłużył się taką poufałością, wydawał się jasny. Uchiha wiedział, że umrze, a ludzie w obliczu śmierci mieli skłonności do innego zachowania, niż jak można się spodziewać.
Itachi, zwróciła się do niego w myślach, dziękuję, że byłeś dobrym przyjacielem dla Shisuiego. Spoczywaj w pokoju.
Miała wrażenie, że płacze. Siłą woli nakazała sobie przestać, przygryzła wargę. Gdyby mogła rozkazywać własnym dłoniom, otarłaby łzy; gdyby mogła wstać, poszłaby przepłukać twarz zimną wodą. Czasem zazdrościła zwykłym shinobi, że nie musieli tkwić bez ruchu na krześle czy w łóżku. Czasem zazdrościła, że mieli przed oczami coś, czego nie mogła dostrzec niewidzącymi oczyma. Czasem jednak cieszyła się, że nie musiała oglądać śmierci bliskich czy swojego wyrazu twarzy. Jak w tym momencie.
— Przepraszam — powiedziała w końcu, przerywając milczenie. Głos lekko jej drżał, ale zdawała się tym nie przejmować. — Przejdźmy może do interesów. Shinobi z Konohy nie przebyli przecież takiego szmatu drogi, by przekazać mi jeden list.
— Masz rację — przyznał Kakashi, odzyskując rezon. Odchrząknął parę razy. Wyrocznia znów usłyszała szelest papieru, tym razem dłuższy i o wiele bardziej przyjemny dla ucha. Zwój, pomyślała.
— Przysłała was Piąta Hokage — przypomniała sobie kobieta.
— Właściwie Piąta była osobą, która przedstawiła propozycję wszystkim Kage — sprostował. Między brwiami wyroczni pojawiła się głęboka zmarszczka.
— Co wszyscy Kage mają do spraw Uchihów? — zapytała z niezrozumieniem.
— Madara wypowiedział wojnę całemu światu ninja. Wszystkie nacje utworzyły Zjednoczone Siły Shinobi — wyjaśnił pokrótce. — Wystosowali prośbę również do Zakonu Czerwonego Goździka, by pomógł w walce.
Kobieta chwilę milczała, później zaśmiała się gorzko. Rozpuszczone włosy załaskotały ją w policzki, gdy z niedowierzaniem pokręciła głową. Tyle czasu Konoha udawała, że zapomniała o klanie Kaneshonów, a gdy wystąpiło realne zagrożenie, chciała pomocy? Tsunade naprawdę potrafiła wykazać się taką hipokryzją.
— Dlaczego mieliby to zrobić? — rzuciła ostro. — Istnienie tych ziem, tych ludzi zostało dawno zapomniane. Konflikty tych czasów nie są sprawą Zakonu Czerwonego Goździka.
— Zaraz — Naruto podniósł głos — to nie jest wioska, z której pochodzisz, dattebayo?!  Cały świat…
— Ta wioska nakazała wymordować klan, z którego pochodzę — warknęła w odpowiedzi. Stoicki spokój zniknął z jej twarzy, zastąpiony przez dziką wściekłość. Ta wioska, dodała w myślach, odebrała mi rodzinę. Ta wioska sprawiła, że Itachi musiał stać się mordercą.
— Wiem, Yume — powiedział niespodziewanie Kakashi.
— Hę? — Zamrugała z niedowierzania oczyma, ale był to raczej bezwarunkowy odruch niż gest symbolizujący cokolwiek.
— Sakura, Sai, Naruto, możecie poczekać na zewnątrz? — zasugerował nagle. Nie musiała długo czekać na decyzję uczniów mężczyzny. Usłyszała cichy szczęk naoliwionego zamka i odgłos kroków. Miała wrażenie, że Hatake podszedł do biurka, oparł się o nie i lekko pochylił. — Sasuke zrobił naprawdę niezłe zamieszanie. Wszyscy już wiedzą, że starszyzna była odpowiedzialna za masakrę Uchihów. Naprawdę chcesz zaprzepaścić poświęcenie tego chłopaka dla wioski?
Przełknęła ślinę. Shisui powiedziałby to samo, Itachi też — myśleli niemal tak samo i rozumieli się doskonale od dziecka. Nawet ona… jej bliźniaczka, zawsze tak wierna klanowi, oddana rodzinie, poparłaby to stanowisko. Ale Yume ich nie miała, a Azumi nie rozumiała, co to stracić rodzinę, czym była wioska. Dziewczyna Kaneshonów miała tylko swoją lojalność wobec mistrzyni i obowiązek służby jej do samego końca.
Ale zauważyła, że jeżeli męska linia Uchihów wygaśnie, nie będzie żadnej przyszłości.
— Dobrze — zgodziła się z trudem — ale to szaleństwo. Przekonaj Azumi, a Kaneshonowie będą na usługi Tsunade.
— Hokage chce też ciebie — dodał niespodziewanie. — Też powinnaś stanąć do walki, kimkolwiek tak naprawdę jesteś, Yume.
— Jestem wyrocznią z Zakonu Czerwonego Goździka — oświadczyła pewnie.
— Jesteś Uchihą z Konohy — zauważył.
— Oboje mamy rację — stwierdziła — ale ta druga tożsamość nie jest w tym momencie istotna.
— Powinnaś to rozważyć. Kaneshonowie pójdą za tobą. Ta dziewczyna, Azumi, zrobi wszystko, co uznasz za słuszne.
— Nie poprowadzę ich na pewną śmierć — powiedziała chłodno.
— Nie robiąc nic, skażesz ich na nią z góry. Musisz zdecydować, co jest rozsądniejsze.
— Zaniesiesz mnie za dach? — zmieniła niespodziewanie temat. — Jest coś, o czym chcę z tobą porozmawiać, nie będąc podsłuchiwaną.
— Podsłuchiwaną? — zdziwił się. Nie wyczuł nikogo w pobliżu, a k0bieta nie mogła niczego dostrzec niewidzącymi oczyma. Yume uśmiechnęła się, dyskretnie unosząc wyżej lewy kącik ust.
— Ściany mają uszy, szczególnie w tym miejscu — wyjaśniła zagadkowo. — Poza tym musimy porozmawiać na temat twojego Sharingana.
_____________________________________
Zdążyłam jeszcze przed świętami! Smacznego karpia, dzieciaczki. <3